Choice

Sometimes I just do not have a choice

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Rea


Mark przez kilka najbliższych minut opowiadał mi o tym jak wraz z Justinem przygotowywali swój genialny plan. Udawałam, że słucham i bardzo mnie to interesuje, ale tak naprawdę nie miałam teraz do tego głowy. Cały czas rozmyślałam o tym co powiedział Justin i analizowałam moją reakcję. Czułam, że powinnam była coś powiedzieć. Ale co? No właśnie. To już był nie lada problem. Nagle Mark zamilkł, zauważając widocznie że jestem zamyślona.
- Na pewno dobrze się czujesz? – zapytał.
Pokiwałam głową z wymuszonym entuzjazmem. Leki przeciwbólowe najwyraźniej działały, bo ból z minuty na minutę ustępował. Zapadła cisza i Mark jakby zastanawiał się nad czymś, westchnął i podrapał się po karku.
- Słuchaj… - przerwał na chwilę jeszcze raz analizując to co ma powiedzieć. Nagle zmienił taktykę. - Justin już ci powiedział?
- A co miał mi powiedzieć? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Mark jeszcze bardziej pobladł. Widać, że żałował, że w ogóle zaczął ten temat. Ale ja nadal nie wiedziałam o co chodzi.
- O co chodzi, Mark? – pospieszyłam go.
- Rea… Widzisz… Ja… Ty… Bo… - jąkał się nie wiedząc jak zacząć zdanie.
Przewróciłam oczami na znak zniecierpliwienia.
- Wysłów się wreszcie!
Mark spuścił głowę wziął głęboki wdech i skierował na mnie oczy pełen smutku. Moje serce zabiło mocniej z niepokoju.
- Co się stało, Mark? – zapytałam szeptem widząc rozpacz na twarzy chłopaka.
- Rea… Tak mi przykro... – jego głos był bliski załamania – Lekarz mówił, że zrobili wszystko co w ich mocy, ale było już za późno. Gdybym przyszedł kilka minut wcześniej… może…
Utkwiłam wystraszone spojrzenie w twarzy mojego przyjaciela. Mój oddech przyspieszył, a serce łomotało w piersi w błyskawicznym tempie. Nie wiedziałam o co mu chodzi… chociaż nie. Doskonale wiedziałam o co chodzi, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Nie chciałam jej do siebie dopuścić.
- O czym ty mówisz Mark? – wybełkotałam.
Mark spojrzał mi w oczy, a później szybko spuścił wzrok na swoje buty.
- Poroniłaś Rea. – te słowa zawisły w powietrzu jak siekiera gotowa do mordu.
- Nie… - szepnęłam – To nie możliwe…
Mark pokręcił głową, w jego oczach czaiły się łzy. Położył swoją dłoń na mojej i ścisną ją delikatnie.
- Przykro mi… Gdybym… gdybym tylko wcześniej…
Mówił coś jeszcze, ale nie słyszałam. Nie docierało to do mnie. Cały czas myślałam nad słowami wypowiedzianymi przez Marka. Nie wierzyłam w to, co się właśnie działo. Miałam nadzieję, że za chwilę przyjdzie lekarz i powiadomi mnie, że urodzę piękne i zdrowie dziecko. Później poczułam pustkę. Ja naprawdę pokochałam już to nienarodzone dziecko. Miałam świadomość, że będzie moje, tylko moje i nikt nie zdoła mi go odebrać. Chciałam mieć kogoś, kogo będę mogła pokochać i kogoś kto będzie kochał mnie.
Wszystkie myśli ze mnie wyparowały. Został tylko żal. Potworny żal, który rozrywał mi pierś. Czułam, że ból ściska moje serce, a w gardle staje ogromna gula.
- Mark… - szepnęłam próbując panować nad swoim głosem – Zostaw mnie samą proszę.
Mój przyjaciel przyjrzał mi się uważnie, po czym kiwnął głową i wyszedł z sali. Zostałam sama. Przez chwilę leżałam cały czas próbując przetrawić tą wiadomość. W końcu dotarło to do mnie, a ból w piersi jeszcze się powiększył. Zignorowałam ból fizyczny i uniosłam się lekko na łokciu. Sięgnęłam z zza pleców poduszkę, przystawiłam ją sobie do twarzy i głośno krzyknęłam, a następnie, nie mogąc się powstrzymać zaczęłam łkać.

Justin


Siedziałem w barze szpitalnym nad kubkiem kawy, która smakowała jak woda z piaskiem. Zdecydowanie była to najgorsza kawa jaką było mi dane kiedykolwiek pić. Patrzyłem na czarne fusy pływające na wierzchu napoju. Byłem pogrążony w myślach, o tym co powiedziałem pod wpływem impulsu Rei. Nie wiem dlaczego to powiedziałem. Nie myślałem o tym wcześniej. Po prostu to powiedziałem… Rea mnie zirytowała i to samo jakoś tak wypłynęło. "Kocham Cię" – tak po prostu. Sam nie wiem skąd się to wzięło. Najgorsze było to, że czym intensywniej nad tym myślałem, dochodziłem do wniosku, że to szczera prawda. Rea mnie irytowała i to bardzo – była uparta, miała swoje racje i się ich trzymała i umiała się mi przeciwstawić, nie bała się mnie. Naprawdę porządnie mnie wykurzała, ale zależy mi na niej. Lubię przebywać w jej towarzystwie, nawet bardzo i ostatnie wydarzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że byłbym w stanie oddać za nią życie. Nie mógłbym znieść jej śmierci – jeśli to miłość. To właśnie się zakochałem.
Boże! Co się ze mną dzieje?!
Z rozmyślań wyrwał mnie głos Marka, który nie wiadomo skąd wyrósł metr przede mną. Bez słowa odsunął jedno z krzeseł stolika i usiadł na nim pocierając twarz dłońmi wzdychając ciężko.
- Co się stało? – zapytałem.
Mark spojrzał na mnie przelotnie po czym znowu spuścił wzrok.
- Powiedziałem jej, że poroniła.
Zapadła kilkusekundowa cisza.
- I jak to przyjęła?
- Nie najlepiej – chłopak podrapał się po karku – Załamała się.
Wstałem od stołu. Wyjąłem z portfela dziesięć dolarów i położyłem na stoliku. To i tak była kolosalna suma za kawę, która w rzeczywistości musiała być przegotowaną wodą z piaskiem.
- Dokąd idziesz? – zapytał Mark.
- Do niej. – odparłem wsuwając krzesło, na którym przed chwilą siedziałem.
- Chciała zostać sama.
- Co z tego. – wzruszyłem ramionami i zanim chłopak zdarzył odpowiedzieć wyszedłem z baru i skierowałem się w kierunku sali, w której leżała Rea. Zostawienie jej samej w takim momencie to była najgłupsza decyzja pod słońcem. Szybko dotarłem do odpowiednich drzwi i zapukałem delikatnie, po czym nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka.
Dziewczyna leżała na łóżku trzęsąc się i łkając w poduszkę. Poczułem żal i irytację jednocześnie, że nie mogę z tym nic zrobić.
Kiedy drzwi zamknęły się za mną z trzaskiem Rea oderwała głowę od poduszki i łapiąc łapczywie powietrze spojrzała w moim kierunku, po czym szybko odwróciła głowę. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Jej cała twarz była czerwona od łez, oczy napuchnięte, a włosy potargane. Dziewczyna szybkim ruchem otarła łzy z twarzy i próbowała uspokoić oddech. Wywnioskowałem po tym zachowaniu, że jeszcze nikt musiał jej nie widzieć w takim stanie. To było dla niej wyraźnie krępujące. Przez chwilę stałem tak w miejscu zastanawiając się co mam zrobić. Rea również patrzyła tępo w okno, oddychając płytko. W końcu westchnąłem i podszedłem do łóżka od strony okna, tak że mogłem patrzeć bezpośrednio na załamaną dziewczynę. Unikała mojego wzroku.
- Rea… szepnąłem i przysiadłem na krześle. Położyłem swoją rękę na jej dłoni.
Rea chlipnęła i spojrzała na mnie po chwili.
- Wszystko będzie dobrze… – wykrztusiłem. Nie wiedziałem co właściwie mam powiedzieć. Nie byłem najlepszym pocieszycielem, a właściwie to kompletnie nie miałem o tym pojęcia.
- Nie będzie Justin – dziewczyna próbowała panować nad swoim głosem. Westchnąłem.
- Rea… - nie zdążyłem nic powiedzieć, bo Rea mi przerwała.
- Justin przytul mnie. – wychlipała i rzuciła mi się na szyję. Mocno ją objąłem i przytuliłem do swojej piersi. Nie wiem dlaczego, ale poczułem ogromną ulgę mogąc trzymać jej drobne ciało w ramionach. Teraz już wiem, że to na nią czekałem przez całe moje życie.

★★★


Epilog


Samochód zatrzymał się na parkingu cmentarza na obrzeżach Los Angeles. Justin Bieber zgasił silnik i spojrzał na siedzenie pasażera, na którym spała spokojnie skulona Rea. Przez moment przyglądał jej się wsłuchując się w jej miarowy oddech. Dziewczyna poruszyła się niespokojnie i szczelniej okryła się bluzą chłopaka. Od czasu gdy dowiedziała się o stracie dziecka minął ponad miesiąc, a ona nadal nie sypia po nocach. Zdarza się jej czasami płakać, ale zazwyczaj ukrywa to przed Justinem. Nie chce, żeby uważał ją za słabą, ale dla niego zawsze będzie najsilniejszą kobietą pod słońcem. Po kilku minutach dziewczyna otworzyła oczy. Justin uśmiechnął się delikatnie, żeby dodać jej otuchy.
- Dojechaliśmy. – oznajmił – Nie chciałem cię budzić.
- To nic. – zaspana przetarła oczy i poprawiła się na siedzeniu oddając bluzę chłopakowi. W samochodzie na chwilę zapadła cisza.
- Jesteś pewna, że chcesz tam iść?
Rea pokiwała głową bez wahania.
- To ostatnia rzecz jaka została mi do zrobienia. Później mogę zacząć moje życie od nowa.
- Nasze. – poprawił ją szybko Justin – Nasze wspólne życie. Zaczniemy wszystko od początku. O b o j e.
Brunetka uśmiechnęła się wdzięcznie i kiwnęła głową.
- Idziemy? – zapytała.
Chłopak przytaknął i oboje wyszli z samochodu. Justin podszedł bliżej dziewczyny i położył swoją dłoń na jej biodrze. Ta przysunęła się do niego i szli w równym tempie. Po drodze kupili kwiaty, a następnie przekroczyli bramę cmentarza i ruszyli we wskazanym kierunku, gdzie miał się mieścić ten grób. Po kilku minutach dotarli na miejsce. Justin czuł, że zdenerwowanie Rei rośnie z każdym krokiem. Złapał jej dłoń i ścisnął delikatnie dodając otuchy. Zatrzymali się przed skromną pieczarą. Na tablicy widniały dwa zdjęcia rodziców Rei. Pod spodem napis:

Jack i Alice na zawsze pozostaną w naszych sercach.
Rodzina i przyjaciele.


Rea podeszła do nagrobka i położyła na nim kwiaty. Przejechała dłonią po wyrzeźbionym napisie, a po jej policzku spłynęła samotna twarz. Nie czuła nienawiści do tych, którzy zgotowali jej taki los, tylko żal, że nigdy nie było jej dane poznać swoich rodziców.
- Kocham was – szepnęła, po czym wróciła do Justina i mocno się w niego wtuliła. Teraz już wiedziała, że nigdy nie zostanie sama. On zawsze będzie przy niej.


Koniec.



★★★


Tak, to koniec tego opowiadanie. Zresztą nic nowego, bo już to mówiłam.
Nadeszła ta chwila. Rozdział i epilog napisałam już jakiś czas temu, ale celowo zwlekałam z dodaniem notki. Dlaczego? Ponieważ to moja ostania notka na bloblo.
Odchodzę.
Mam wam tyle do powiedzenia, więc trochę Was zanudzę...

Przemyślałam to kilka razy. Kończę z blogowaniem. Dlaczego? Nie wiem. Być może się wypaliłam. Być może niektóre z was zauważyły, że ostatnio coraz mniej udzielam się na blogu, coraz rzadziej tu wchodzę i rzadziej komentuję notki innych. Jaki jest tego powód? ... Nie mam pojęcia.
Głównym powodem mojego odejścia jest to, że ostatnio nie umiem napisać nic sensownego.
Dziwne. Kiedy zaczynałam pisać to opowiadanie ("Choice") miałam mnóstwo innych pomysłów, niestety tylko na pomysłach się skończyło. To nie tak, że się nie starałam. Próbowałam pisać nowe opowiadania, zazwyczaj napisałam kilka rozdziałów i na tym się kończyło. Być może się już wypaliłam... A może po prostu potrzebuję przerwy... Nie wiem. W każdym razie kończę z blogowaniem.
To dziwne, ale dopiero teraz gdy już mam dodać notkę uświadamiam sobie, że to koniec. I... przykro mi... cholernie mi przykro, chociaż od samego początku wiedziałam, że ten dzień kiedyś nastąpi. Kiedy mam kliknąć przycisk "Dodaj" czuję dziwną pustkę uświadamiając sobie, że to naprawę koniec... ale wiem też, że koniec prędzej czy później musi nastąpić.
W końcówce "mojej przemowy" chciałam wam bardzo podziękować. Wszystkim.
Dziękuję.
Zaczęłam moją przygodę z blogowaniem prawie dwa lata temu. Dokładnie 12 sierpnia 2012 roku. Przez ten czas napisałam 197 + dzisiejsza i 787 komentarzy na waszych blogach. Sama zebrałam 952 komentarze. Dziękuję.
Chciałabym podziękować osobiście każdemu, kto przeczytał i skomentował którąkolwiek notkę na moim blogu, niestety nie jest to możliwe i moje pisemne podziękowania muszę Wam wystarczyć.
Przez ten czas poznałam też kilka wspaniałych osób, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Nie zapomnę o was dzióbaski *.*
Tak więc odchodzę...
Kto wie, może za jakiś czas tu wpadnę i zobaczę co się dzieje. Być może jeszcze przeczytam kilka rozdziałów opowiadań, które obserwuję i skomentuję coś. Nie wiem.
Jeszcze raz dziękuję.
Żegnajcie...
05.05.2014 o godz. 13:29
Justina nagle olśniło. Powinien zadać to pytanie na samym początku, ale kompletnie wyleciało mu to z głowy. Dopiero teraz dostrzegł, że Mark przygląda się uważnie lekarzowi i również analizuje jego słowa.
- A co z dzieckiem? – zapytał w końcu. Bał się odpowiedzi.


Lekarz posmutniał. Spuścił głowę i odchrząkną nerwowo. Jego głos był tylko odrobinę głośniejszy od szeptu.
- Przykro mi… próbowaliśmy coś zrobić, ale było już a późno.
Justin zamarł.
Nie, to nie możliwe. Lekarz musiał się pomylić!
Jednak napotkał wzrok mężczyzny i z rozpaczą stwierdził, że nie zaszła żadna pomyłka. Chłopak odwrócił się plecami do lekarza i uderzył pięścią o ścianę. W jego oczach pojawiły się łzy.

Rea

Powoli otworzyłam oczy. Oślepiło mnie jasne światło. To już koniec. Zaraz stanę przed Bogiem, Jezusem, albo Allachem, albo jeszcze jakimś innym. Pójdę do piekła, co dziwne nie martwiłam się tym.
Poczułam silny ból przeszywający moje ciało. Czyli jednak żyję. Nagle odzyskałam świadomość i przypomniałam sobie wszystko. Chciałam zerwać się na równe nogi, ale szybko zorientowałam się, że to nie ma sensu – byłam zbyt słaba. Z moich ust wydobyło się ciche jęknięcie, z bólu i bezsilności. Nienawidziłam być bezsilna. Od kiedy tylko pamiętam to zawsze ja byłam panią sytuacji i nie umiałam żyć inaczej.
Usłyszałam niewyraźny hałas, a po chwili drzwi się otworzyły. Do sali weszła pielęgniarka. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Była to miło wyglądająca pani po czterdziestce. Kiedy się uśmiechnęła na jej lewym policzku pojawiał się uroczy dołeczek. Miała na sobie biały strój pielęgniarski, a w ręku trzymała tacę z jakimiś lekami.
- O! Widzę, że już się pani obudziła. – podeszła do łóżka i postawiła tacę na szafce obok łóżka. Jej głos miał dziwny, brytyjski akcent. Zdjęła z niej małe urządzenie, najprawdopodobniej termometr i przyłożyła mi do czoła.
- Świetnie – szepnęła widocznie usatysfakcjonowana wynikiem. Sięgnęła do tacy i zaczęła przygotowywać jakiś zastrzyk.
Przełknęłam ślinę i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak sucho miałam w ustach.
- Gdzie ja jestem? Co się stało? – zapytałam chrapliwym głosem.
- Jest pani w prywatnym szpitalu. – obdarzyła mnie ciepłym wzrokiem, a po chwili znów wróciła do strzykawki. – Przywiozło panią dwóch panów. Była pani mocno poobijana, ale teraz jest już wszystko dobrze. Musi pani odpoczywać.
Nie patrząc na mnie wstrzyknęła do kroplówki zawartość strzykawki. Tymczasem w mojej głowie rodziły się coraz to nowe pytania.
- Kto mnie przywiózł? – zapytałam słabo.
- Mówiłam już. – odparła najwyraźniej trochę zniecierpliwiona – Jakichś dwóch młodych mężczyzn. A teraz niech pani odpoczywa. – wzięła do rąk tacę i zanim zdążyłam coś powiedzieć wyszła z sali.
Cholera! To mógł być każdy. Miałam tylko nadzieję, że to nie ludzie Erica. Mój wzrok powędrował do okna po lewej stronie łóżka. Może jeśli będę wystarczająco zwinna uda mi się wyjść przez to okno. Spróbowałam delikatnie unieść się na łokciu, ale szybko przeszył mnie niemiłosierny ból i upadłam z powrotem.
Nagle w mojej głowie pojawił się niewyraźny obraz. Twarz Justina tuż przede mną i moja zakrwawiona ręka na jego policzku. Dlaczego ja w ogóle myślę o tym chłopaku?! Wzięłam głęboki wdech ignorując ból żeber i ponownie spróbowałam się podnieść. Znowu na próżno. Zauważyłam, że drzwi do sali się otwierają, więc uspokoiłam mój przyspieszony od bólu oddech, żeby w razie czego nie dostać reprymendy od lekarza lub pielęgniarki. Ku mojemu zdumieniu do sali nie wszedł, ani lekarz, ani pielęgniarka. W drzwiach stanął nie kto inny jak Justin we własnej osobie. O mało co nie otworzyłam ust ze zdziwienia. W pierwszej chwili pomyślałam, że może to sen, ale szybko wykluczyłam tę opcję ze względu na doskwierający ból żeber. Chłopak uśmiechnął się niepewnie i w kilku krokach pokonał odległość między drzwiami i łóżkiem. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim. Dopiero po chwili błądzenia wzrokiem po sali spojrzał na moją twarz.
- Cześć. – uśmiechnął się nerwowo. Jego głos był tylko trochę głośniejszy od szeptu.
To było dziwne. Wchodzi tu sobie jak gdyby nigdy nic i tak po prostu mówi zwyczaje "cześć"?! Czy tu jest jakaś ukryta kamera? Zaraz wyskoczy ekipa telewizyjna i wszyscy wrzasną "Mamy cię!"?
- Jak się czujesz? – odezwał się znowu. To dziwne, ale przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Dobrze było słyszeć ten znajomy, melodyjny głos. Nie wiem dlaczego, ale nagle poczułam się bezpieczna.
- Jak się czuję?! – prychnęłam – Chyba żartujesz. Co tu się do cholery dzieje? Gdzie ja jestem i skąd ty się tu wziąłeś? – chciałam wrzeszczeć, ale ból ograniczał mnie więc zostałam przy lekko uniesionym tonie głosu.
- Spokojnie Rea. – jego głos był spokojny i kojący, przy czym nadal mówił bardzo cicho. Zupełnie jakby chciał w ten sposób sprawić, żebym się uspokoiła. Ale to nic nie da! Niech ktoś mi w końcu wyjaśni co tu się do cholery dzieje!
- Jesteś w prywatnej klinice w Londynie. Nic ci nie będzie.
W Londynie?! Czyli jesteśmy w Europie?!
Justin mówił dalej.
- Przywieźliśmy cię tu z Markiem, po tym jak znaleźliśmy cię na wpół żywą w klubie Erica. Pamiętasz?
Mój mózg zaczął pracować na pełnych obrotach. Czyli Justin… To nie była halucynacja. On naprawdę tam był. Zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Swoją drogą, jak mogłaś być taka głupia żeby iść tam sama?! – jego głos przepełniony był irytacją i czymś jeszcze… strachem? Justin bał się… o mnie?
- Co cię to w ogóle obchodzi?! – fuknęłam – To nie jest twoja sprawa.
Chłopak wstał z krzesła i podszedł do okna. Skrzyżował ręce na piersi i przez chwilę patrzył przed siebie tempo. Przez moją głowę przemknęła myśl, że może go uraziłam. Nie wiedziałam co powiedzieć. Może powinnam go przeprosić? Nie! Miałam słuszną rację, że tak zareagowałam. Justin nie miał prawa mi prawić morałów. To nie jego sprawa co robiłam.
W końcu chłopak odchrząkną i zaczął mówić.
- Mylisz się! – jego głos był spokojny, ale zdeterminowany zarazem - Obchodzi mnie i to bardzo! – oderwał wzrok od okna i spojrzał na mnie.
- Niby dlaczego?! – podniosłam głos ignorując przy tym przeszywający ból głowy i prawie każdej części ciała.
Klatka Justina unosiła się w przerażającym tempie. Chłopak wyraźnie próbował się uspokoić.
- Bo cię kocham idiotko! – wrzasnął.
Zamarłam. W mojej głowie pojawiły się tysiące myśli, ale z niewiadomych przyczyn nie mogłam ich uporządkować. W sali zapadła niezręczna cisza. Było słychać tylko stłumione przez drzwi odgłosy z korytarza i pikanie aparatury, która monitorowała moje funkcje życiowe.
Chłopak jakby skarcił się w myślach za to co powiedział, a raczej, że w ogóle coś powiedział i szybkim, pewnym krokiem opuścił salę trzaskając przy tym energicznie drzwiami.
Przez chwilę wpatrywałam się tempo w ścianę analizując dokładnie to, co właśnie zaszło. Właściwie nadal to do mnie nie dochodziło. Sama nie wiedziałam co mam myśleć.
Chwilę później usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam w tamtym kierunku, a do pokoju wszedł Mark. Na jego twarzy malował się smutek, a zarazem ulga. Bez słowa podszedł do mojego łóżka i usiadł na krześle, które przed chwilą zajmował Justin.
- Jak się czujesz? – zapytał.
Wysiliłam się na delikatny uśmiech próbując zapomnieć o tym co się przed chwilą zdarzyło.
- W porządku. Jestem tylko zmęczona.
Zapadła cisza. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Czułam, że moja głowa za chwilę nie wytrzyma nadmiaru emocji i informacji. Ból stawał się coraz bardziej nieznośny. Postanowiłam go zignorować.
- Mark… Dziękuję ci. Gdyby nie ty…
Nie zdążyłam dokończyć, bo chłopak przerwał mi uśmiechając się pobłażliwie.
- To nie mi powinnaś dziękować. To dzięki Justinowi. Sam bym tego nie zorganizował.
- A, tak… Justin… - westchnęłam.
Mark oczywiście natychmiast wyczuł, że coś jest nie tak.
- Pokłóciliście się?
- Nie, to tylko… - wypuściłam powietrze z płuc - Nieważne.
- Skoro tak mówisz – odparł nie do końca przekonany.
- Nie rozmawiajmy o tym. – poprosiłam i wiedziałam, że Mark przychyli się do mojej prośby. – Powiedz mi lepiej co się stało z Ericiem i Mią?
- Ludzie Justina zgarnęli ich i zamknęli gdzieś. Pomyśleliśmy, że będziesz się chciała z nimi zobaczyć. – Mark zaśmiał się gorzko – Przecież o to właśnie chodziło, nie? Chciałaś ich zabić własnoręcznie.
- Mark… proszę.
Miałam dość wykładów. Chłopak wypuścił powietrze z płuc.
- Dobra. Ale jeszcze wrócimy do tej rozmowy.
Kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem. Zapowiadał się niezły wykład, ale miałam to teraz gdzieś. Cały czas myślałam, o tym co powiedział Justin. Czy to możliwe, żebym i ja coś do niego czuła?

__________________________
No i mamy 31 rozdział. Ostatnio się pomyliłam. Będzie jeszcze jeden krótki rozdział i epilog. Dodam je razem, może w niedzielę, albo w sobotę.
Czekam na wasze opinie ♥

Tagi:
01.05.2014 o godz. 11:23
Rea


Próbowałam otworzyć moje ciężkie powieki, co kosztowało mnie zresztą wiele siły. Czułam, że mam w ustach jakąś szmatę.
- O nasza księżniczka się budzi. – usłyszałam głos Erica.
Automatycznie zapomniałam o pulsującym bólu głowy i otworzyłam szeroko oczy. Zorientowałam się, że jestem przywiązana do krzesła jakąś liną. Krzesło stało na środku gabinetu Erica. W pomieszczeniu był Eric który siedział przy biurku, za nim Mia, na kanapie siedział Carl, a wokół roiło się od ochroniarzy demonstracyjnie prezentujących swoją broń. No pięknie, są tu wszyscy, nawet ja – PRZYWIĄZANA! Po prostu zajebiście. Lepiej być nie mogło. Jak w jakimś słabym filmie kryminalnym. Pewnie bym się zaśmiała – gdybym nie miała jakiejś szmaty w ustach!
Cholera! Mogłam przewidzieć, że tak się to skończy. A to wszystko zasługa naszego kochanego Carla. Mogłam go zabić gdy tylko miałam okazję, może wtedy nie było by tego pieprzonego melodramatu.
Dobra. Nie dbam o to. Niech mnie zabiją. Byle szybko.
- Dawno się nie widzieliśmy – zaśmiał się Eric. Gestem dłoni wskazał jednemu z ochroniarzy, żeby wyjął mi z ust szmatę. Ten posłusznie wykonał polecenie i wrócił na swoje wcześniejsze miejsce.
- Co u ciebie słychać? – zaśmiał się obleśnie Eric.
- Świetnie – odparowałam sarkastycznie.
- Widzisz. – zakpił – To tak jak u mnie.
Zapadła cisza, a Eric przyglądał mi się badawczo. Mia grzecznie stała z nim. Co za pantofel. Dać tak się przyskrzynić – ja nigdy nie byłam taka usłużna jak ona, i może dlatego jestem tu gdzie jestem, ale nie żałuje… nawet jednej decyzji.
- Wiesz Rea – odezwał się końcu – sprawiłaś mi wiele kłopotów. I muszę przyznać, że zawiodłaś mnie. Zawsze myślałem, że jesteś na tyle mądra żeby być dobra. Widocznie się pomyliłem. – wzruszył ramionami. – Dam ci pewną radę: Zawsze należy trzymać się po dobrej stronie, a ściślej, po mojej stronie.
Nie odezwałam się. Nie dam mu tej chorej satysfakcji z pogawędki "przedśmiertnej".
- Ale jednym mi zaimponowałaś. – zaśmiał się – Jesteś dobra. Gdyby nie to, że Carl – wymienili z Carlem porozumiewawcze spojrzenia – uprzedził mnie o twojej wizycie, być może udałoby ci się tu dostać. A kto wie! Może nawet zabić mnie.
Wstał z krzesła i przeszedł przez gabinet stając naprzeciwko mnie.
- Powiedz mi Rea, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego zniszczyłaś swoją karierę, swoje życie?
Podniosłam wzrok i spojrzałam na niego z pogardą.
- Jesteś śmieciem – plunęłam mu w twarz.
Błyskawicznie jego silna ręka z impetem wylądowała na moim policzku. Był wściekły. I dobrze. Miałam to w dupie.
- Rozwiązać ją! – wrzasnął.
Ochroniarze szybko podeszli do mnie i rozwiązali mnie, po czym postawili przed Ericiem, trzymając żebym nie uciekła.
Eric zamachnął się i ponownie uderzył mnie w twarz.
- Jesteś cholerną suką! – wrzasnął i kopnął mnie w bok, a później jeszcze raz i kolejny. Nie miałam nawet zamiaru się bronić. To i tak nic by nie dało. Jestem przegrana.
W końcu po wielu ciosach upadłam na kolana. Eric najwyraźniej się zmęczył, bo usiadł z powrotem w fotelu. Czułam niemiłosierny ból w brzuchu. W moich oczach pojawiły się łzy. Nie powinnam była tu przychodzić, do cholery! Jestem idiotką!
- Widzisz Rea – powiedział Eric odpalając kolejne cygaro – trzeba było trzymać z nami. Dalej żyłabyś sobie spokojnie wypełniając moje rozkazy.
Plunęłam krwią na posadzkę i wzięłam głęboki wdech, który bolał jak diabli. Żebra na pewno miałam złamane.
- Wolę umrzeć.
- Ooo! – zaśmiał się Eric – Spokojnie. Już niedługo. Możesz być tego pewna. Mia złotko, może teraz ty się nią zajmiesz?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam koci, podekscytowany wzrok Mii. Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć rozległo się głośne, histeryczne pukanie do drzwi. Nie czekając na zgodę, jeden z ochroniarzy wpadł do środka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć ktoś z korytarza strzelił mu w tył głowy. Ciało mężczyzny opadło na podłogę z hukiem. Eric zerwał się z fotela, a w tym samym momencie do pomieszczenia wparowało dwóch wielkich facetów uzbrojonych po zęby. Zaczęli strzelać. Wokół latało mnóstwo kul. Niewiele myśląc padłam na ziemię zasłaniając głowę rękoma. Po chwili strzały ustały. Poniosłam głowę i zobaczyłam, że wszyscy ochroniarze, Carl i Mia leżą na ziemi, wokół jest mnóstwo krwi. Tych dwóch facetów Erica przygwoździło do ściany.
- Kim jesteście!?! – wrzeszczał jak opętany próbując się wyrywać, ale na marne.
To moja szansa! Musiałam ją wykorzystać. Próbowałam się podnieść, ale nie mogłam wszystko mnie bolało, a do tego zorientowałam się, że zostałam postrzelona w nogę. I właśnie wtedy, kiedy myślałam, że to już koniec usłyszałam, że ktoś krzyczy moje imię. Ten ktoś – jakiś chłopak podbiegł do mnie i podniósł moje prawie bezwładnie ciało z podłogi. Zmusiłam się, żeby podnieść powieki i zobaczyłam przed sobą twarz Justina Biebera.
Z trudem kontaktowałam i mogłabym się założyć, że to tylko halucynacje. Pewnie już dawno nie żyję.
- Justin… - szepnęłam próbując się uśmiechnąć. Położyłam zakrwawioną dłoń na jego policzku, a później nastała ciemność...

Narrator


Justin stał przed salą dziewczyny i patrzył przez szybę na jej bezwładne ciało leżące na szpitalnym łóżku.
Cholera! Wystarczyła tylko chwila, minuta dłużej, a ona już by nie żyła. Była głupia i bezmyślna, że chciała sama to wszystko załatwić. Wystarczyłoby, żeby przyszła do niego, poprosiła go o pomoc, a on coś by wymyślił. Gdyby nie była tak cholernie dumna to nic by się nie stało! Idiotka!
Chłopak rozejrzał się po korytarzu. Byli w prywatnej klinice, najlepszej w kraju. Jeśli ma się pieniądze, ma się niemal wszystko. Niemal… tak bardzo chciał, żeby Rei nic się nie stało. Była mocno poturbowana. Lekarz powiedział, że wystarczyłoby żeby jeszcze trochę mocniej ją pobili i mogłoby się to skończyć tragicznie. Zbadali ją i dali leki, a teraz czekają na wyniki i każą czekać. Ale Justin ma już dość czekania! Chce wiedzieć czy nic jej nie będzie!
Spojrzał na Marka siedzącego na jednym z krzeseł w poczekalni. Schował twarz w dłoniach, a łokcie oparł na kolanach. Martwił się, obwiniał się za to wszystko. Ale to nie była jego wina.
Kiedy Mark zadzwonił do Justina kilka dni temu i poprosił o pomoc, ten bez najmniejszego wahania się zgodził. Nawet się cieszył, że w końcu ma jakieś wieści co się dzieje z Reą. To głupie, ale tęsknił za nią. Brakowało mu jej, martwił się. A kiedy zobaczył ją ledwo żywą, leżącą na podłodze w biurze Erica, całą zakrwawioną… serce rozerwał mu niemiłosierny ból. Kiedy wziął ją w ramiona, a ona wyszeptała jego imię… rozpłakał się. Nie robił tego często. Właściwie nigdy tego nie robił. Ale wtedy miał gdzieś, że wszyscy na niego patrzą. Po prostu nie mógł znieść jej widoku w takim stanie. Wtedy, właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że bez wahania mógłby oddać za nią życie. Czy to nie dziwne? On, bezwzględny Justin Bieber, który zabił tysiące niewinnych – albo i winnych – ludzi, bez wahania oddałby życie za jedną dziewczynę. To niedorzeczne!
Jeszcze raz popatrzył na bezwładne ciało dziewczyny, a żal ścisnął mu serce. Poprosił Boga – choć nie do końca w niego wierzył – żeby tylko Rea przeżyła.
Może jednak razem z Markiem źle opracowali plan, może wcale nie powinni pozwalać iść jej do tego klubu. Przecież mieli taką możliwość, mogli zgarnąć ją jeszcze przed wejściem.
Justin uświadomił sobie, że to co się właśnie stało w dużej mierze jest jego winą. To on opracował plan. Gdy tylko skończył rozmawiać z Markiem przez telefon natychmiast kazał śledzić Reę i wiedział o każdym jej ruchu. Bezproblemowo zebrał grupę ludzi i również bez przeszkód dostał się do klubu Erica. Plan był niemal doskonały – niemal. Zawierał tylko jedną wadę. Błędem było to, że dopuścił do tego, alby Rea znalazła się w szpitalu. Nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Panie Bieber – usłyszał tuż obok głos lekarza. Wyrwał się ze swoich zamyśleń i skupił wzrok na wysokim, postawnym mężczyźnie po czterdziestce.
- Co z nią? - zapytał Justin ponaglająco.
- Wyjdzie z tego. Przeanalizowałem jej wyniki i nic nie zagraża jej życiu. Ma mnóstwo siniaków, połamane żebra i złamany obojczyk. Została też postrzelona w nogę, ale już założyliśmy szwy.
Justina nagle olśniło. Powinien zadać to pytanie na samym początku, ale kompletnie wyleciało mu to z głowy. Dopiero teraz dostrzegł, że Mark przygląda się uważnie lekarzowi i również analizuje jego słowa.
- A co z dzieckiem? – zapytał w końcu. Bał się odpowiedzi.

_____________________________________

No i mamy 30 - przedostatni - rozdział. Podoba się? Moim zdaniem jest średni... ale wydaje mi się, że na tyle dobry, że mogłam go dodać.
Co sądzicie?
Jak myślicie co z dzieckiem?
Niedługo dodam ostatni rozdział i epilog, a później... później zobaczymy :)
Tagi:
25.04.2014 o godz. 15:42
Rea


10 czerwca


Minęło pięć dni, a Mark nadal o nic nie pyta. Zaczyna mnie to trochę niepokoić, ale nie mam czasu się tym martwić. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Obudziłam się z przeświadczeniem, że to dziś. Dziś nadszedł ten dzień, kiedy zemszczę się za wszystko co Eric zrobił mi, co zrobił Zaynowi i … moim rodzicom.
Rano starałam zachowywać się tak jak zwykle, choć byłam tak podekscytowana, że nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o minie Erica, kiedy przystawię mu broń do skroni. Myśl, że w końcu go zabiję przyprawiała mnie o przyjemne dreszcze. Jak co dzień od kilku dni Mark wyszedł do pracy o ósmej. Znalazł sobie nową pracę, ponieważ twierdził, że musi z czegoś wykarmić mojego małego brzdąca. Zawsze mówiłam mu, że przecież ja mogę iść do pracy, ale on szybko ucinał temat twierdząc, że nie powinnam się przemęczać. Gdyby tylko wiedział, jak ryzykowne jest to co zamierzam zrobić, zabiłby mnie chyba gołymi rękami. Ale nie miałam wyjścia. Nie mogłam siedzieć bezczynnie. To nie w stylu Rei Patel.
Kiedy tylko Mark opuścił mieszkanie, jak zwykle odczekałam pół godziny dla pewności i zaczęłam przygotowania do mojego planu. Przebrałam się w czarne ubranie składające się, z czarnej, obcisłej bluzy, czarnych dość luźnych spodni i traperów. Włosy zostawiłam rozpuszczone, a na głowę włożyłam czarną czapkę. Schowałam różne rodzaje broni do ukrytych kieszonek w ubraniu. Wzięłam czarny plecak i spakowałam do niego potrzebne gadżety. Zarzuciłam plecak na ramię i spojrzałam w lustro.
To już się dzieje. Nie ma odwrotu.

Narrator


Błękitne oczy Hany uważnie śledziły każdy krok Rei Patel przez lornetkę. Blondynka stała w oknie sąsiedniego budynku, przez co mogła bez przeszkód podglądać swoje „zadanie”. Uważnie patrzyła jak dziewczyna przebiera się i pakuje broń do plecaka. Kiedy tylko Rea wyszła z mieszkania Hana natychmiast pognała na ulicę. Szła chwilę za dziewczyną, ale szybko zorientowała się dokąd ta idzie. Zatrzymała się, wyjęła z kieszeni dżinsów komórkę i wykręciła numer swojego zleceniodawcy. Po dwóch sygnałach usłyszała zaspany, aksamitny, męski głos.
- Halo?
- Zaczęło się…

~♦~


Mark stał za ladą pizzerii "U Babi" wbijając na kasę zamówienie klienta. Był to młody chłopak, który przyszedł z jakąś dziewczynką, najprawdopodobniej siostrą. Mała zamówiła frytki i koktajl, a chłopak jakiś zestaw obiadowy i kolę.
- Dwadzieścia trzy dolary poproszę. – zwrócił się do chłopaka.
Blondyn wyciągnął z tylnej kieszeni spodni portfel, wyciągnął z niego banknot pięćdziesięciodolarowy i wręczył Markowi. Chłopak odpowiednim przyciskiem otworzył kasę, wydał resztę i przyjaznym tonem poinformował klienta, że zamówienie będzie gotowe za piętnaście minut.
Chłopak podziękował i wrócił do małej dziewczynki. Mark rozejrzał się po lokalu. Był przytulnie urządzony, a przewodnim kolorem był czerwony. Nie było tu wielu stolików, co najwyżej dwadzieścia. Kilka z nich było zajęte. Było jeszcze wcześnie, a najwięcej klientów zagląda tu popołudniu. Mark podał zamówienie do kuchni i zamienił kilka zdań z kucharzem. Wrócił z powrotem za bar i ruszył do stolika z którego należało sprzątnąć brudne talerze. Zaniósł je na zmywak. Kiedy szedł spokojnie z powrotem na swoje stanowisko pracy usłyszał dzwonek swojego telefonu. Szybko wyciągnął telefon z kieszeni dżinsów i spojrzał na wyświetlacz. Numer nieznany. To nie wróżyło dobrze. Przeciągnął kciukiem po ekranie i przyłożył komórkę do ucha.
- Halo?
- Dzwoniła do mnie Hana – usłyszał męski, znany mu od kilku dni głos – Rea poszła do Erica.
- Cholera! – zaklął Mark. – Wiedziałem, że ona coś knuje.
Westchnął i podrapał się po karku.
- Dobra. Słuchaj, już tam jadę. Spotkamy się na miejscu. - Rozłączył się i pędem pobiegł do kuchni.
- Słuchaj Steve – zwrócił się do kucharza – Zastąp mnie. Muszę wyjść.
- No nie wiem… - zawahał się.
- Stary, to sprawa życia i śmierci. – dosłownie, dodał w myślach – Proszę cię.
Steve kiwnął głową z wahaniem.
- A jak wróci szef? – zapytał, ale nie uzyskał już odpowiedzi na swoje pytanie, bo Mark wystrzelił z lokalu jak torpeda prosząc Boga, żeby tylko zdążył na czas.

Rea


Zatrzymałam się z tyłu budynku klubu. Na dworze zaczynało się już ścieniać. Było koło ósmej, a impreza w środku zaczynała się rozkręcać. O to właśnie chodziło, im większe zamieszanie tym łatwiej będzie dostać się do środka.
Westchnęłam i zatrzymałam się w cieniu budynku, tak, alby nikt nie mógł mnie dostrzec. Zawahałam się chwilę. Nie byłam pewna, czy to co robię to słuszna decyzja. Ale właśnie wtedy pomyślałam o moim dziecku. Muszę to zrobić. Nie mogę go skazać na wieczną ucieczkę przed Ericiem i Mią. Muszę zagwarantować mu lepsze warunki. Nie darowałabym sobie, gdyby groziło mu niebezpieczeństwo z ich strony.
Rozejrzałam się dookoła i z ulga stwierdziłam, że ulica jest pusta. Przykucnęłam przy czarnym plecaku i wyjęłam z niego mały śrubokręt. Ostrożnie odkręciłam śrubokrętem klatkę od wentylacji. Była dość duża, więc spokojnie mogłam się zmieścić w otwór wentylacyjny. Odłożyłam kratkę na bok i biorąc ze sobą plecak weszłam do korytarza wentylacyjnego. Ruszyłam przed siebie starając się poruszać jak najciszej.

Narrator


Dwóch ochroniarzy stało przed wejściem klubu. Jeszcze dwóch innych obstawiało wszystkie inne, tylne wejścia. Przykaz był jasny: Rea nie może dostać się do środka. Eric wiedział co robi, podwoił, ba! Nawet potroił ochronę. Mógł wydać majątek na ochroniarzy, byle tylko dostać Reę w swoje ręce: żywą, ale bezbronną.
Jeden z ochroniarzy rozejrzał się czujnie dookoła. Usłyszał coś. Jakiś niewyraźny hałas na tyłach budynku. Spojrzał na drugiego ochroniarza stojącego obok i tylko upewnił się w tym, że wcale mu się nie wydawało. Tamten też to słyszał.
Jeden z mężczyzn szybko odszedł i poszedł sprawdzić co się dzieje. Ostrożnie skradał się w ciemnościach wypatrując nawet najlepiej zamaskowanej, podejrzanej rzeczy. Kiedy jego oczy już przyzwyczaiły się już do ciemności panującej wokół zobaczył, że pod murem budynku oparta jest kratka wentylacyjna. Szybko podszedł bliżej i zauważył, że przed chwilą ktoś musiał wejść do szybu wentylacyjnego.
- Cholera! – zaklął pod nosem i szybko pobiegł ostrzec wszystkich, że mają nieproszonego gościa.

Rea


Czołgałam się kanałem wentylacyjnym modląc się o to, żeby nie narobić za dużo hałasu. Jeśli tylko uda mi się przedostać do gabinetu Erica, sprawa jest niemal zakończona. To co będę musiała zrobić później to bułka z masłem. Po prostu go zabiję, a później Mię – bez litości.
Dotarłam do skrzyżowania korytarzy wentylacyjnych. Zastanowiłam się chwilę i stwierdziłam, że to w lewo powinnam iść, żeby dotrzeć do gabinetu Erica.
Boże spraw, żebym się nie myliła!
Skręciłam w lewo i czołgałam się dalej prosząc intensywnie Boga, żeby wszystko poszło po mojej myśli.
W końcu dotarłam do kratki wentylacyjnej. Wyjęłam śrubokręt, który cały czas miałam pod rękę i odkręciłam pojedyncze śrubki przy kratce. Starałam się oddychać jak najspokojniej i najciszej jak to tylko możliwe, ale wiedziałam, że i tak nie za wiele to daje. Najważniejsze, żeby kratka nie spadła i żebym nie wykonała żadnego pochopnego ruchu.
Odkręciłam ostatnią śrubkę i drżącymi rękoma przytrzymałam kratkę, żeby nie opadła z hukiem na podłogę. Wygramoliłam się z szybu wentylacyjnego i z ulgą stwierdziłam, że znajduję się w pustym korytarzu. Rozejrzałam się uważnie i po chwili wiedziałam już gdzie jestem – tu gdzie dokładnie miałam być, według planu. Chwyciłam plecak, zarzuciłam go na ramię i już chciałam odejść, kiedy usłyszałam z daleka jakieś głosy i odgłos szybkich kroków. Rozejrzałam się dookoła desperacko poszukując jakiejkolwiek kryjówki. Poszłam do przodu, ale jak na złość nigdzie nie było żadnych drzwi, a kroki nieubłaganie się zbliżały.
Myśl Rea, myśl!
I wtedy usłyszałam za sobą głosy.
- Stój!
- Tam jest!
- Łapcie ją!
Obejrzałam się za siebie i dostrzegłam chmarę ochroniarzy biegnących w moim kierunku. Niewiele myśląc zaczęłam uciekać. W końcu dotarłam do jakiegoś ciemnego zagłębienia w korytarzu. Szybko schowałam się za ścianą i modliłam się żeby mnie nie zauważyli.
Coś tu jest nie tak! Jest ich zdecydowanie za wielu! Poza tym co robią tu w taki licznej gromadzie!?!
I właśnie wtedy mnie olśniło: Oni wiedzieli, że tu przyjdę. Spodziewali się mnie. Chyba pierwszy raz odkąd tu jestem przestraszyłam się. Nie wzięłam tej opcji pod uwagę. Pytanie, skąd wiedzieli, że tu przyjdę? … Carl!
Wtedy usłyszałam za sobą jakiś hałas i zanim zdążyłam zareagować zostałam uderzona czymś ciężkim w tył głowy, a później nastała ciemność…

_______________________________________
W końcu jest nowa notka. Przepraszam, ale naprawdę nie miałam czasu i głowy do bloga. W każdym razie następny rozdział NA PEWNO pojawi się szybciej, ponieważ jest już prawie gotowy.
Dziękuję za komentarze - Wasza opinia wiele dla mnie znaczy.
Do nn ;*

Tagi:
17.04.2014 o godz. 20:07
5 czerwca


Carl wszedł do klubu. Było tu cicho i pusto. Kilkoro pracowników zamiatało podłogę, lub stało za barem. Impreza zaczynała się dopiero za godzinę, więc Carl miał trochę czasu. Oczy wszystkich krzątających się dookoła zwróciły się w jego stronę, kiedy ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Mężczyzna zdjął ciemne okulary z nosa, a pracownicy rozpoznali go i natychmiast wrócili do swoich zajęć. Carl podszedł do baru, a każdy jego krok podkreślało rozchodzące się wokoło, głuche pukanie butów o świeżo wypolerowany parkiet. Za barem stała jakaś dziewczyna i czyściła zawzięcie kufel białą szmatką. W końcu obdarzyła Carla pytającym wzrokiem. Jej ładna, jasna buzia wyrażała zniecierpliwienie. Miała ciemne włosy do ramion i zielone, kocie oczy. Pełne usta zmysłowo się układały, gdy pytała Carla, czym może służyć. Mężczyzna pomyślał, że w wielu sprawach mogłaby mu pomóc. Szybko jednak się opamiętał i uśmiechnął się od niechcenia do dziewczyny, czego ona niestety nie odwzajemniła. Szkoda – pomyślał Carl – moglibyśmy mieć razem niezłą zabawę.
Normalnie pewnie już zjechałby ją za jej brak szacunku, ale była zbyt ładna, żeby wywalili ją z tej roboty, poza tym, zawsze jest na coś szansa i Carl wiedział, że gdy tylko zacznie się impreza poderwie tą małą, upije, a później zerżnie.
Odpędził od siebie podniecające myśli.
- Jest Eric? – zapytał obojętnie.
Dziewczyna zdecydowanie była tu nowa. Nigdy wcześniej nie widział tu tej piękności.
- Zależy kto pyta – odparła przyglądając mu się badawczo. Odstawiła kufel na blat i sięgnęła po kolejny, zaczynając go polerować.
- Carl – odparł z cwanym uśmieszkiem – Carl złotko.
Dziewczyna chyba musiała coś słyszeć na jego temat, ponieważ wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił. Zaczęła jakby bardziej zwracać uwagę na rozmówcę i w końcu się uśmiechnęła, co zresztą upewniło tylko Carla w tym, że to właśnie ona będzie miała zaszczyt być jego dzisiejszą zdobyczą.
- Pan Carl – zachichotała nerwowo.
- Carl – poprawił ją opierając się o blat baru – Mów mi po prostu Carl. – posłał jej zniewalający uśmiech.
Tak, pomimo, że Carl miał swoje lata nadal był przystojnym mężczyzną i potrafił powalić na kolana nie jedną kobietę, a taka gówniara to dla niego bułka z masłem. Kolejny uśmiech dziewczyny powiedział Carlowi, że ta zdobycz nie będzie trudna do upolowania. Była już miękka po kilku minutach rozmowy, a wieczorem będzie lała po gaciach na jego widok – był tego pewien.
- Szef jest u siebie – odparła grzecznie.
Carl kiwnął głową i posłał jej jeden, ze swoich olśniewających uśmiechów.
- Dziękuję. Mam nadzieję, że będę jeszcze miał przyjemność panią spotkać.
Odszedł, ale czuł na plecach rozmarzony wzrok dziewczyny. Nie odwrócił się. Ruszył prosto do gabinetu Erica.
Przed drzwiami jak zwykle stało dwóch ochroniarzy, którzy widząc Carla natychmiast się wyprostowali, a jeden z nich kiwnął do niego głową i otworzył przed nim drzwi.
- Carl! – Eric siedział za biurkiem popalając cygaro – Co cię do mnie sprowadza przyjacielu?
Carl uśmiechnął się. O proszę! Nawet Mia tu jest. Stała obok Erica i uśmiechała się promienie. Dobrze. Zaraz mina jej zrzednie.
- Słyszałem, że kogoś szukasz – odparł rozluźniony. Zajął miejsce na kanapie pośrodku pokoju.
- Ja szukam wielu osób – zaśmiał się Eric. Mia również zachichotała z żartu szefa, choć widać, że wcale jej nie rozśmieszył. Carl powstrzymał się od komentarza. Nie po to tu przyszedł.
- Widzisz ostatnio odwiedziła mnie nasza stara przyjaciółka.
- Kto taki? – zapytał Eric. Carl uśmiechnął się szyderczo. Wyjął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, wyciągnął jednego i podpalił zaciągając się nikotyną. Czuł na sobie zaciekawiony wzrok Erica, Mii i kilku innych osób stojących w pobliżu, były to przede wszystkim półnagie dziewczyny i kilku ochroniarzy.
Carl odstawił papierosa od ust i spojrzał na Erica, po czym wypowiedział to imię. Wystarczyło tylko to jedno słowo, żeby miny Erica i Mii zrzedły.
- Rea…


- Co masz na myśli? – zapytał Eric ściągając brwi. Carl pomyślał, że zbyt bystry to on nie jest.
- Nie rozumiesz? – zaśmiał się Carl. Zaciągnął się nowo odpalonym papierosem. – Jeśli przyszła po mnie, przyjdzie też po ciebie. – wskazał palcem na Mię – A po ciebie to już przyjdzie na pewno.
Dziewczyna podniosła dumnie głowę, ale w jej oczach czaiła się nutka strachu, którą Carl od razu zauważył.
- Nie boję się jej.
Urocze, pomyślał Carl uśmiechając się i ponownie zaciągając papierosem, którego trzymał w ręku.
- To lepiej zacznij – stwierdził już poważnie. Rea była niebezpieczną osobą. Wiedział, że należy się jej bać. Sam przecież wyszkolił tą dziewczynę. Bez wątpienia była najlepsza. Co prawda Mia też była szkolona, ale ona nie ma do tego talentu. To jak z każdym zajęciem, trzeba mieć w sercu pasję i Rea to ma, a to czyni ją dwa razy bardziej niebezpieczną. Do tego jest wściekła i pragnie zemsty.
- Mogę walczyć z nią w każdej chwili – Mia uniosła głowę jeszcze wyżej, jakby sama siebie próbowała przekonać, że się nie boi.
Carl zaśmiał się i założył nogę na nogę rozsiadając się wygodniej.
- Jeśli chcesz zginąć, proszę bardzo. Nie zatrzymuję cię.
Ponownie zaciągnął się papierosem, a nikotyna dotarła do jego płuc.
Mia już chciała coś powiedzieć, ale Eric uciszył ją machnięciem ręki. Dziewczyna posłusznie zamknęła usta.
- Co proponujesz? – zapytał. On najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego jak niebezpieczna jest Rea Patel. Jest przebiegła i bezwzględna a to gorsze niż siła.
- Podwoić ochronę. Tylko tyle mogę wam poradzić. – Carl zgasił papierosa i wstał z kanapy. Uśmiechnął się do nadąsanej Mii i kiwnął głową do Erica – Miło się z wami gawędziło – Wyszedł z pomieszczenia i powędrował do baru, gdzie czekała na niego śliczna szatynka. To będzie udana noc – pomyślał.

Rea


Minęły dwa kolejne dni, a Mark był jakiś dziwnie spokojny i mało podejrzliwy. Nie pytał mnie już tak często o samopoczucie, nie próbował wyciągnąć ze mnie w jakie kłopoty się wpakowałam. Był… jak nie Mark. Czyżby nagle przestał się o mnie martwić? Nie. Nie możliwe. Mój Mark nigdy nie przestanie się o mnie martwić. Taka to już jego rola. Dziś Mark wyszedł do pracy i nawet nie nakazał mi kategorycznie siedzieć w domu. Prawdą jest, że nie powiedział też, że mogę sobie wyjść, ale przecież mi nie zabronił. Co zresztą świetnie się składa, bo i tak miałam na dziś zaplanowane wyjście.
To że raz poszłam do Carla i nie zabiłam go, nie znaczy, że mój plan przestaje istnieć. Nadal jest i już za kilka dni zostanie wdrożony w życie. To będzie ryzykowne, ale nie mogę tak po prostu siedzieć z założonymi rękami.
Dokładnie sprawdziłam, czy Mark wsiadł do taksówki i w razie czego odczekałam pół godziny od jego wyjścia, żeby się upewnić, że na pewno po nic nie wróci.
Kiedy tylko minęło równo pół godziny wyszłam z mieszkania. Muszę uzupełnić zapasy broni. To co chcę zrobić wymaga dużej profesjonalności, co nie jest możliwe bez porządnego sprzętu.

Narrator


Idzie ulicą, przemykając chodnikiem modląc się, żeby nie zobaczył jej Mark lub jakiś jego znajomy. Nie wie jednak, że para błękitnych jak morze oczu już wodzi za nią wzrokiem. Dokładnie koduje w głowie każdy jej ruch i oddech. Stara się wszystko zapamiętać, żeby później zdać relację swojemu szefowi.
Hana przemyka chodnikiem za swoim zadaniem. Jej chód jest sprężysty, ale nie wzbudza podejrzeń. Jest szczupła, ale zarazem zaokrąglona tam gdzie trzeba, ma blond włosy upięte z tyłu głowy w nieduży koczek. Jej twarz jest pociągła, ma niewielki nosek, pełne usta i błękitne oczy, które tym razem są ukryte z czarnymi okularami. Dziewczyna naciąga kaptur granatowej bluzy na głowę i podąża za swoim zadaniem aż do momentu, gdy dziewczyna wchodzi do jakiejś niezbyt przyjemnej dla oka pizzerii. Hana waha się przez chwilę po czym wchodzi za dziewczyną. Siada dwa stoliki dalej, ściąga z głowy kaptur i uśmiechnęła się promiennie do kelnerki składając zamówienie i obserwując zarazem swoje zadanie. Jej zadanie – Rea Patel rozmawia z jakimś mężczyzną dość cicho, ale Hanie udaje się usłyszeć pojedyncze słowa. Rozmawiają o broni i o jakimś zadaniu. Hana, żeby nie wzbudzać podejrzeń wyjmuje z kieszeni telefon i udaje, że pisze sms-a. Rea szybko kończy rozmowę z mężczyzną. Hana sprytnie zauważa, że dziewczyna dostała od niego jakąś niemałą paczkę. Coś jak pudełko po butach. Towarzysz ostrzega ją jeszcze, żeby uważała, po czym wychodzi z pizzerii. Rea rozgląda się dookoła, a Hana zawzięcie udaje, że z kimś sms-uje. Nawet udaje jej się demonstracyjnie - ale nie zbyt – roześmiać z tego, co rzekomo otrzymała w wiadomości. Rea chwilę siedzi przy stoliku zastanawiając się nad czymś, po czym zostawiając pieniądze pod filiżanką, zabiera pudełko i wychodzi. Hana również pospieszenie reguluje rachunek, po czym niemal wybiega za dziewczyną. Idzie za nią do samego domu z którego wyszła. Wydaje się, że do jej mieszkania, ponieważ właśnie tu jej zleceniodawca kazał jej pilnować dziewczyny i donosić, gdyby zrobiło się niebezpiecznie. Hana nie pracuje dla byle kogo. To nie byle jaki facet, ma kontakty, wpływy i mnóstwo pieniędzy.
Hana obserwuje dziewczynę, gdy ta wchodziła do domu, po czym widząc światło zapalające się w oknie wyjmuje z kieszeni swoją komórkę, dzwoni do swojego zleceniodawcy i zdaje mu szczegółowe relacje z dzisiejszego dnia.

______________________________________________
Przyp. aut.: Czas z przeszłego na teraźniejszy w części pisanej trzecią osobą jest celowym przekształceniem, a nie błędem.

No kotki, udało mi się! W końcu. Namęczyłam się nad tym rozdziałem. Na dodatek w ogóle nie mam ostatnio czasu na nic. Nawet nie mam kiedy przeczytać Waszych rozdziałów. Postaram się nadrobić, ale jeszcze nie wiem kiedy... Dlaczego? Otóż, masa nauki. Coraz więcej do tego zajęcia dodatkowe - masakra.
Kiedy pojawi się nowy rozdział? Nie wiem. Nie będę mówić, że za tyle i tyle dni bo naprawdę nie wiem. Nie jestem w stanie niczego zaplanować na chwilę obecną.
W każdym razie na pewno się pojawi.
Kocham Was ;*
Tagi:
04.04.2014 o godz. 16:44
3 czerwca

Rea


Byłam głupia, że tam w ogóle poszłam. Ale skąd mogłam wiedzieć co się wydarzy i kim tak naprawdę jest ten człowiek?
Nie wiem co zrobić z wiedzą, jaką mam. Od dwóch dni nie mogę o niczym innym myśleć. Jak mogłam być taka głupia, żeby się nie domyślić, że moi rodzice byli ofiarami któregoś z zabójców?! Często zastanawiałam się nad moim pochodzeniem. Ale nigdy nie przyszła mi do głowy taka wersja. Zawsze rozważałam, że moi rodzice mogli być płatnymi zabójcami i zginęli, a Eric postanowił się mną zająć. W sumie ta wersja wydawała się zawsze bardzo prawdopodobna. Jak się okazało była też tylko głupim marzeniem. Prawda jest o wiele bardziej brutalna. Ale taka właśnie bywa prawda: szorstka i brutalna. Ludzie żyją w świecie marzeń i wierzą w to, w co chcą wierzyć. Latają w chmurach, wolni i szczęśliwi w swoim świecie, aż nagle atakuje ich prawda i spadają zderzając się z twardym i szorstkim chodnikiem.
Od dwóch dni jestem dość apatyczna i Mark zaczyna to zauważać, co nie wróży dobrze. Ale nie mogę mu powiedzieć prawdy. Wiem, że gdyby się dowiedział, co zorganizowałam za jego plecami, zamknąłby mnie na dobre pod kluczem. Zdaję sobie sprawę, że to dla mojego dobra, ale mam dość tej nadopiekuńczości. Kiedy robi się niebezpiecznie i Mark zaczyna zadawać za dużo pytań co do mojego stanu, zbywam go, że to pewnie przez ciążę. Na razie w to wierzy, ale tylko czekam, aż zacznie coś podejrzewać i będzie nalegał na wizytę u lekarza. Mark nie jest durniem i czasami myślę, że to mój największy problem.
- To co, powiesz mi w końcu o co chodzi, czy mam to z ciebie wyciągnąć?
I oto nadszedł ten dzień, kiedy mój przyjaciel nie wytrzymał.
Przejęłam od chłopaka talerz i zaczęłam myć go niebieską gąbką i płynem do mycia naczyń. Dziś nawet sama ugotowałam kolację i zaoferowałam, że pozmywam, a moje podejrzenie zachowanie tym razem nie umknęło uwadze Marka.
Chłopak oparł się o blat kuchenny i przyglądał mi się badawczo.
- O co ci chodzi? – odparłam spokojnie. Miałam nadzieję, że Mark zrozumie, że nie mam ochoty rozmawiać i zostawi mnie w spokoju, niestety to były tylko naiwne marzenia. Chłopak zmarszczył brwi.
- Przecież widzę, że od kilku dni coś cię dręczy. Powiedz mi o co chodzi.
- O nic. – powiedziałam szybko. Widocznie zbyt szybko.
Pragnęłam skupić całą uwagę na swojej robocie, czyli myciu talerza, który zresztą był już czysty. Szorowałam coraz intensywniej, co również nie umknęło mojemu przyjacielowi. Chwycił moje dłonie, w skutek czego zaprzestałam czynności i musiałam na niego spojrzeć.
Odwróć wzrok! Odwróć wzrok!
Nie mogłam patrzeć mu prosto w oczy, kiedy coś ukrywałam. Mark to chodzący wykrywacz kłamstw. Od razu się połapie, że coś kręcę. Chwila patrzenia w moje oczy najwyraźniej mu wystarczyła, bo westchnął, puścił moje dłonie i podrapał się po karku.
- W coś ty się znowu wpakowała Rea? – zapytał.
- W nic. – zapewniłam go. – Nic się nie dzieje.
Odłożyłam talerz na suszarkę i spojrzałam na chłopaka.
- Naprawdę Mark.
- Skoro tak uważasz. – westchnął nie do końca przekonany, ale najwyraźniej nie chcąc już mnie męczyć dał mi spokój. Postanowiłam jednak nie ryzykować, gdyby miał zmienić zdanie, co zresztą było dość prawdopodobne.
Nabrałam powietrze do płuc i położyłam rękę na czole. Moja twarz natychmiast przybrała wyraz zmęczenia.
- Pójdę się położyć. Nie czuję się najlepiej. – odparłam. Nie była to do końca prawda, ale kłamstwo też nie. Fizycznie czułam się w porządku, ale mentalnie nie do końca.

Narrator


Mark siedząc w fotelu zastawiał się nad losem swojej przyjaciółki. Wpakowała się w coś, czuł to. Od kilku dni nie zachowuje się normalnie. Zna ją i wie, że takie zachowanie jest do niej niepodobne. Rea może sobie twierdzić, że to przez ciążę, może sobie gadać co tylko chce, ale on nie jest durniem i nie da się tak łatwo spławić. Martwi się o nią, a z niewiadomych przyczyn ona tego nie widzi. Mark dobrze wie, iż Rea uważa, że ma wścibskiego przyjaciela. Ale nic z tych rzeczy. On się po prostu martwi! Zależy mu na tej dziewczynie. Nie, nie w taki sposób. Rea nie pociąga go w sposób czysto fizyczny, zawsze traktował ją jak siostrę i to się nie zmieni.
Mark nie wiedział w co ta dziewczyna się wpakowała, ale wiedział, że nie może jej tak zostawić. Nagle w jego głowie zaświtała złota myśl. Wiedział, kto może mu pomóc ją chronić.
Wstał z fotela i poszedł do pokoju dziewczyny. Ostrożnie otworzył drzwi. Zobaczył Reę leżącą na łóżku tyłem do drzwi. Musiał się upewnić, że śpi i nie usłyszy jego rozmowy przez telefon. Na palcach podszedł bliżej słysząc miarodajny oddech dziewczyny. Rzucił okiem na jej twarz i z ulgą stwierdził, że ma zamknięte oczy. Cichutko, jak myszka wycofał się z pokoju ostrożnie zamykając za sobą drzwi.
Wyjął telefon z tylnej kieszeni dżinsów. Zawahał się chwilę. Może nie powinien go prosić o pomoc, to ryzykowne…
Pomyślał o Rei – swojej przyjaciółce, siostrze, która może być w niebezpieczeństwie.
Szlag by to!
Dla pewności, żeby dziewczyna go nie usłyszała, w razie, gdyby się obudziła wszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Usiadł na muszli klozetowej i zastanowił się chwilę.
A co jeśli on mu nie pomoże? Co jeśli go wyśmieje?
Zastanowił się chwilę.
- Raz kozie śmierć.
Musi się z nim skontaktować, nie ma wyjścia. Zdobędzie jego numer i zadzwoni. Najwyżej mu nie pomoże. Nie ma nic do stracenia.
Wykręcił znany mu numer i wcisnął zieloną słuchawkę.
- Halo? – po drugiej stronie usłyszał znudzony głos Hektora.
- Cześć Hektor. Tu Mark. Potrzebuję jednego numeru…

~♦~


Hardison uśmiechnął się szeroko patrząc na rysopis dziewczyny, który podsunęła mu pod nos Maria. Został sporządzony przez mężczyznę, który widział zabójcę. John dosłownie został wbity w skórzany fotel w swoim gabinecie.
- Nie do wiary, co? - zaśmiała się Maria – Kto by pomyślał.
Hardison nie mógł wykrztusić z siebie nawet słowa. W życiu nie pomyślałby, że Mia Cooper może mieć coś wspólnego z zabójstwem Rodrigue.
Każdy na posterunku od razu bezproblemowo rozpoznał tę dziewczynę. Jest podejrzana o wiele zabójstw, nawet była przesłuchiwana wiele razy, ale na nic. Każdy wiedział, że jest płatną zabójczynią. Dziewczyna była słaba w swoim fachu, bo słabo zacierała za sobą ślady, ale na tyle dobrze, że nie było przeciwko niej mocnych dowodów. Aż do teraz. Jest świadek. A to już coś.
- Mam nadzieję, że to nie jest jakiś sen. – zaśmiał się John. Nareszcie mógł wykrztusić z siebie jakieś zdanie. Pierwszy szok minął.
- Nie. To pewne. Możesz podejść do każdego na tym piętrze i zapytać kim jest ta dziewczyna. – wskazała na naszkicowany portret Mii, który trzymała w ręku – Gwarantuję ci, że każdy odpowie ci, że to Mia Cooper. Możesz być pewien. – kobieta odłożyła rysopis na biurku.
John zaśmiał się histerycznie. Nareszcie! Już całkiem zwątpił w powodzenie tej sprawy, a tu nagle takie coś. Bum! Zimny prysznic na łeb przypominający mu, że detektywi nie poddają się tak po prostu.
- Nie mogę w to uwierzyć - wymamrotał pocierając twarz rękoma. To tak niesamowite, że aż niemożliwe. John wstał z fotela i przeszedł na przód burka opierając się delikatnie o mebel.
- To lepiej uwierz. Bo teraz musisz ją zgarnąć.
Spojrzał na Marię i na jej zniewalający uśmiech. Usta delikatnie podkreślone szminką, ukazujące śnieżnobiałe zęby. Jej zielone oczy dosłownie promieniujące iskierkami radości. Rude włosy niedbale, w pośpiechu odrzucone do tyłu. Maria była piękna i to fakt. John zawsze nie rozumiał, dlaczego jest tak mało pewna siebie.
Jakby w odpowiedzi na jego myśli Maria poszerzyła swój uśmiech. Przyjrzała się Johnowi. Miał rozpromienioną, ale i skupioną twarz. Jego oczy błyszczały ze szczęścia i z ulgi jednocześnie. Na jego wyraźnie zarysowanej szczęce widniał dwudniowy zarost. Bez wątpienia był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego Maria miała okazję spotkać.
Powstrzymała się przed westchnięciem. Ileż by dała, żeby poczuć pełne wargi Johna na swoich czerwonych ustach.
Szybko skarciła się w głowie za tę myśl. John to tylko kolega z pracy! Nikt więcej. Nikt więcej! Stwierdziła, że lepiej jeśli zacznie się zbierać i weźmie za swoją robotę. Przebywanie za długo z Johnem zdecydowanie źle jej służy.
Zbliżyła się do mężczyzny i sięgnęła zza jego pleców rysopis Mii. Trzeba jak najszybciej zacząć jej szukać, a jeśli to nie poskutkuje, trzeba będzie dać znać prasie. Szybko zorientowała się, że John przygląda się jej skupionej twarzy. Skierowała na niego wzrok i spostrzegła, że ich twarze dzielą tylko milimetry. Przez chwilę trwali tak w bezruchu. John oparty o biurko, Maria blisko niego, niemal na niego wchodzi, rękę ma na biurku za jego plecami opartą na rysopisie Mii. Ich oczy przyglądające się sobie. Każde bało się cokolwiek zrobić. Maria nawet z trudem oddychała. Jej serce łomotało głośno w drobnej klatce piersiowej i z przerażeniem uświadomiła sobie, że John mógł to wyczuć. Opuściła wzrok z oczu Hardisona, na jego nos, a następnie wargi. Z trudem powstrzymała się przed rozchyleniem swoich ust, a może się nie powstrzymała? Chyba jednak nie, bo John w jednej chwili namiętnie i agresywnie wpił się w jej wargi. Ich pocałunek był pełen pożądania, agresywny, a zarazem czuły.
Klatka piersiowa Marii poruszała się w zastraszającym tempie, kiedy pocałunek dobiegł końca. Nie wiedziała ile trwał, ani kto go przerwał, wiedziała tylko: było cudownie.
Po chwili ogarnęły ją wątpliwości. Może Johnowi się nie podobało? Maria wyszła z wprawy. Nie całowała się chyba już ze trzy lata.
Jej wątpliwości szybko zostały przegnane, ponieważ John uśmiechnął się ciepło i przyciągając ją do siebie musnął delikatnie jej usta.
Kobieta szybko, ale nie pospiesznie wygramoliła się z jego objęć. Uśmiechnęła się i rzucając Johnowi spojrzenie mówiące, że na pewno jeszcze to powtórzą wyszła z gabinetu.
Przez to całe zamieszanie całkiem zapomniała o rysopisie Mii, który nadal leżał na biurku Johna. Ale czy to ważne? Głowę Marii w tym momencie zaprzątało całkiem coś innego…

___________________________________
No i mamy rozdział 27! Ja ten czas leci...
Czekam na Wasze opinie ♥
Tagi:
23.03.2014 o godz. 11:08
- Jeśli nie chodzi ci o twoich rodziców, to o co?
- Mam kilka pytań. Wiesz, jestem bardzo ciekawską osobą. – zaśmiałam się.
Wyprostowałam się do pozycji pionowej i zdjęłam z ramion skórzaną kurtkę, ponieważ zaczynało mi się robić gorąco. Swobodnym ruchem przyciągnęłam krzesło spod ściany i postawiłam je naprzeciwko Carla, po czym usiadłam na nim okrakiem.
- No więc, na początek powiedz co wiesz na temat moich rodziców. – Nie mogłam się powstrzymać. Po prostu musiałam wiedzieć coś o mojej przeszłości. Nie mogłam żyć spokojnie nie znając swojego pochodzenia.
- Czyli jednak chodzi ci o twoich rodziców. – zauważył.
- Nie. To tylko taki mały dodatek do moich pytań. – siliłam się na obojętny ton, ale mój żołądek wykonywał fikołki. Minęło tyle lat. Sama nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć kim byli lub są moi rodzice i dlaczego mnie porzucili. Cholernie bałam się tego co mogłam usłyszeć. Ale z drugiej strony wiedziałam, że jeśli przepuszczę tę okazję – okazję do odkrycia prawdziwej siebie – to nie wybaczę sobie tego do końca życia.
- Co chcesz wiedzieć? – usłyszałam spokojny głos Cala. Był tak przesłodzony, że zrobiło mi się niedobrze. Miałam wrażenie, że siedzimy przy popołudniowej herbatce i gawędzimy o pogodzie.
- Wszystko. – syknęłam grożąc mu nożem przed twarzą – I nie próbuj żadnych sztuczek.

Narrator


Aaron Bieber siedział przy pustym, ogromnym stole w jadalni. Pomieszczenie było dość duże i przestronne. Pośrodku stał wielki stół, w sam raz na przyjęcie, ale krzesła były puste – poza tym, na którym siedział Aaron rzecz jasna. W takich chwilach mężczyzna czół się przesadnie samotny. Myślał o Mirandzie*. Co by było, gdyby ona nadal żyła, gdyby tamtego felernego dnia nie zabrał jej ze sobą. Może teraz jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Wiedział jedno, na pewno nie byłby samotny. Miranda zawsze miała podejście do ludzi i rozsiewała wokół siebie sympatię. Pewnie mieliby mnóstwo dzieci. Założyłby się, że gdyby ona żyła, połowę tego stołu stanowiłaby ich rodzina. Miranda zawsze chciała mieć dużo dzieci, dlatego tak się cieszyła, gdy okazało się, że jest w ciąży z Justinem.
Justin… Gdyby ona żyła ich relacje na pewno układałyby się inaczej. Pewnie dogadywaliby się, chociaż w pewnym stopniu.
Aaron zostawił gdybania na kiedy indziej, odchrząknął i spojrzał na jednego z mężczyzn ubranych na czarno stojącego obok wejścia do jadalni.
- Zobacz czy jest już gazeta.
Ochroniarz kiwnął głową i wyszedł z pomieszczenia. Aaron nie mógł zjeść porządnego śniadania bez przeczytania co dzieje się w świecie. Miał nadzieję, że kiedyś zobaczy tam coś, co bardzo go uszczęśliwi, a mianowicie zdjęcie Erica w kajdankach. Zdecydowanie nienawidził byłego przyjaciela.
Po chwili ochroniarz wrócił i podał mężczyźnie gazetę bez słowa. Aaron uśmiechnął się. Rozłożył gazetę i jedząc śniadanie zaczął ją przeglądać. Nic ciekawego w niej nie było. Przewrócił kolejną stronę i bam! Rysopis Justina i jakiejś dziewczyny widniały na samej górze kartki. Nagłówek brzmiał "POSZUKIWANI". Były tam nazwiska Chris i Jessica Raymond i prośba, że jeśli ktokolwiek posiada jakiekolwiek informacje na ich temat proszony jest o natychmiastowy kontakt.
Aaron poczuł, że krew napływa mu do twarzy.
- Justin!!! – wrzasnął, a jego głos niósł się po pustym domu przez kilka sekund.

Rea


- Więc to ty bydlaku zabiłeś moich rodziców! – wrzasnęłam zrywając się z krzesła.
Carl nie odpowiedział. Spuścił tylko głowę i milczał przez chwilę najwyraźniej zastanawiając się co powiedzieć, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji. Bądź co bądź, ale miałam nad nim przewagę – on był związany i to ja miałam broń.
Ogarnęła mnie nagła potrzeba mordu. Chciałam go zabić. Zemścić się za to co zrobił z moim życiem. To przez niego jestem tym, kim jestem. Zabiję go! Nagle w mojej podświadomości odezwał się jakiś głos – Nie bądź głupia! Przecież on cię ocalił. Gdybyś trafiła na kogoś innego dawno byłabyś martwa. Znasz zasady. A on je dla ciebie złamał.
- Nie masz prawa mieć do mnie pretensji – odezwał się w końcu Carl.
Myślałam, że się przesłyszałam. Co on bredzi?! Oczywiście że mam prawo mieć do niego pretensje! Mam prawo być wściekła, a nawet zabić go!
- Ty wcale nie jesteś lepsza ode mnie. Też zabijasz. Znasz zasady. – kiedy usłyszałam to zdanie w jego ustach wzdrygnęłam się, ale po chwili moja chęć mordu trochę opadała. - Powiem nawet więcej, ja jestem lepszy od ciebie. Ja cię ocaliłem. A ty kogo ocaliłaś? – w jego głosie nie było nawet cienia kpiny. Mówił całkiem poważnie, a do mnie – co gorsza – zaczynały docierać jego słowa i z frustracją stwierdziłam, że ten śmieć ma rację.
- Nie pozostawiono mi wyboru! – wybuchałam szybko, choć wiedziałam, że to głupia wymówka.
- Zawsze jest jakiś wybór.
Zamarłam. To samo powiedział kiedyś Justin.

- Jesteś świetną aktorką Patel – zaśmiał się brunet zamykając za sobą drzwi.
- Nie lepszą niż ty Bieber. – odparłam siadając na łóżku.
- Tak! Powinienem zostać pisarzem.
- To dlaczego nim nie zostałeś? – zaśmiałam się.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Tak wyszło. A ty?
- Co ja?
- Dlaczego jesteś tym kim jesteś?
Ściągnęłam z kostek trampki i spojrzałam na Biebera z gorzkim uśmiechem na ustach.
- Nie miałam wyboru.
- Zawsze jest jakiś wybór.
- Nie zawsze.


Zapadła cisza. Myślałam przez chwilę nad tymi słowami. Może rzeczywiście zawsze istnieje inna droga, ale ludzie nie trudzą się nawet z jej szukaniem – tak jest im po prostu wygodniej. Może ten dupek – Bieber – Carl mieli rację? Co jeśli po prostu wybrałam tę drogę.
Zamrugałam oczami odpędzając od siebie moje dumania. Spojrzałam na Carla, który przyglądał mi się badawczo.
Pośpiesznie wciągnęłam na siebie kurtkę, trzęsącymi dłońmi pozbierałam swoje rzeczy i ruszyłam ku wyjściu z mieszkania.
- Dokąd idziesz? – usłyszałam za sobą głos Carla.
- Pozostawiam ci wybór. – powiedziałam i po chwili drzwi za mną się zatrzasnęły.


Narrator


- Cholera! – zaklął Hardison.
Jago wzrok skupił się na drzewach za oknem, w ogrodzie na jego posesji. Szalały pod wpływem porywistego wiatru. Nadciągała burza. Ha! Co za ironia? Pogoda upodabniała się do tego, co czuł John.
Czuł, po prostu czuł, że coś tu nie gra. To szło zbyt łatwo. No i teraz wiadomo dlaczego! Te dzieciaki podały błędne dane! A najgorsze jest to, że to było tak oczywiste, aż boli. John nie mógł sobie darować, że na to nie wpadł. Cieszył się jak głupi, jak dziecko, z zabawki, która po chwili rozleciała się na części. I teraz słychać tylko głuchy, histeryczny płacz dziecka.
- Spokojnie. – Maria podeszła do inspektora i położyła mu dłoń na spiętym ramieniu – To nic takiego.
Mężczyzna gwałtownie odwrócił się do kobiety, w skutek czego ona zabrała swoją dłoń. Zmrużył oczy zastanawiając się, jak Maria to robi… Jakim cudem cały czas udaje jej się zachować zimną krew? W każdym razie jemu tej umiejętności na pewno brakowało.
- Nic nie rozumiesz! – syknął – Dla ciebie to kolejna rutynowa sprawa! Ala dla mnie to coś więcej. To moja szansa i nie mogę jej zmarnować. Rozumiesz?!
Teraz w oczach kobiety pojawił się niepokój. Kochała tego mężczyznę, ale czasami miała wrażenie, że zachowuje się jak rozpieszczony gówniarz! Ona też się martwi! Też zależy jej na jego sukcesie!
John nawet nie obdarzył jej spojrzeniem, przeszedł obok i usiadł na kanapie. Przetarł twarz dłońmi i westchnął sfrustrowany.
To wszystko jest tak cholernie pogmatwane!
Maria widząc bezradność i zmęczenie na twarzy mężczyzny podeszła do niego i ponownie położyła dłoń na jego ramieniu, próbując dodać mu tym samym otuchy. Nie strącił jej ręki, a nawet poczuła, że jego ciało odpręża się pod wpływem jej dotyku.
- Przepraszam. – szepnął w końcu nie patrząc na nią – Nie powinienem… To nie twoja wina. Przepraszam.
Na twarzy Marii pojawił się delikatny uśmiech.
- W porządku. – odszepnęła. Bała się powiedzieć coś głośniej, żeby nie zepsuć tej chwili. Przez chwilę czuła, że coś między nimi jest… że rodzi się między nimi nić, a może tylko jej się wydawało?
Najwyraźniej tak, ponieważ John wstał i powiększył dystans między nimi.
Kobietę ogarnął nagły wstyd. Była głupia, że w ogóle pomyślała – kiedykolwiek – że taki mężczyzna jak John Hardison na nią spojrzy. Teraz to widziała. Była naiwna. Tyle czasu poświęciła, żeby się do niego zbliżyć, na próżno – teraz to wie.
- Pójdę już. – powiedziała tak cicho, że John ledwo ją usłyszał. Przychyliła się i wzięła swój płaszcz, który leżał na kanapie obok. Pospiesznie, ale tak by nie wzbudzać podejrzeń Johna włożyła płaszcz i już miała odchodzić, kiedy usłyszała ciche odchrząknięcie i głos Johna.
- Maria… - zawahał się. Kobieta przystanęła, ale nie odwróciła się. Bała się, że jej twarz może zdradzać emocje, a nie chciała, żeby John dowiedział się co do niego czuje. Najgorszy był strach, że on nie odwzajemnia tych uczuć. Nie chciała, żeby między nimi pojawiała się niezręczna cisza, lub krępujące spojrzenia. Chciała, żeby wszystko było jak dawniej.
- Tak? – pospieszyła go. Głos jej zadrżał, ale miała nadzieję, że John tego nie wyczuł.
- Dziękuję ci. – powiedział w końcu. Maria poczuła przyjemne ciepło w żołądku. – Dziękuję ci za wszystko.
W jej sercu zapłonęła nadzieja. Może jednak John coś do niej czuje? Nie! Szybko wyrzuciła tę myśl z głowy. John Hardison nic do niej nie czuje, a ona tylko robi z siebie idiotkę.
W odpowiedzi kiwnęła głową, ponieważ bała się, że już nie może polegać na swoim głosie.
Zanim John zdążył powiedzieć cokolwiek więcej ruszyła ku drzwiom i po chwili już jej nie było. Rozpłynęła się,tak samo, jak nadzieja na coś więcej.
_______________________________________________________
*Miranda – zmarła ukochana Aarona; matka Justina.


~♦~♦~♦~♦~♦~
No i mamy kolejny rozdział! Jak Wam się podoba?
Tagi:
14.03.2014 o godz. 18:32
1 czerwca


Rea


- Będę o jedenastej – oznajmił Mark – Nie musisz na mnie czekać. Lepiej idź spać.
- Dobrze – pokiwałam głową – To na razie! – cmoknęłam go w policzek na pożegnanie.
- Pa! – zamknął za sobą drzwi. Szybko podbiegłam do okna i upewniłam się, że Mark wsiadł do taksówki i odjechał. Popędziłam do pokoju i wyjęłam spod łóżka czarną, wielką walizkę. Dużo kosztowało mnie to, żeby ukryć jej obecność przed Markiem. Przez ostatnie dni gromadziłam jej zawartość w tajemnicy, żeby móc zrealizować mój plan, o którym - mam nadzieję – Mark również się nie dowie.
Walizka z hukiem upadła na łóżko. Otworzyłam zamek na szyfr i wyjęłam ze środka czarny pokrowiec. Rozsunęłam go i podziwiałam ubranie, które było w środku. Zdjęłam piżamę, włożyłam na siebie ciemny zestaw, a na nogi wciągnęłam czarne buty na koturnie. Zebrałam włosy na czubku głowy, po czym założyłam rudą perukę i czarne okulary przysłaniające mi pół twarzy. Spojrzałam w lustro i oceniłam swój wygląd jako bombowy. Uwielbiałam ubrania w kolorze czarnym. Zawsze było mi w nim do twarzy. Z każdym krokiem byłam coraz bardziej zadowolona z wysokich butów. Na wysokiej koturnie czułam się jak ryba w wodzie. Bezpieczniej, niż w trampkach. Brakowało mi tego. Włosy – a raczej peruka - opadały mi na twarz. Zdjęłam okulary i przyjrzałam się swojej twarzy. Wyglądałam całkiem nieźle w rudych włosach. Kiedyś nawet chciałam się przemalować na ten kolor, ale stwierdziłam, że jest on zbyt krzykliwy i łatwo rzuca się w oczy, a co za tym idzie łatwiej byłoby mnie zidentyfikować. Wyglądałam całkiem inaczej. Wsunęłam z powrotem na nos czarne okulary i nadal nie mogłam wyjść z podziwu jak kolor włosów może wpłynąć na zmianę wyglądu. Za każdym razem, kiedy wkładałam jakąkolwiek perukę, myślałam o tym. Teraz nawet Mark niebyły w stanie mnie rozpoznać.
Podeszłam do łóżka i sięgnęłam po skórzaną kurtkę z ćwiekami, po czym zwinnie zarzuciłam ją na siebie. Następnie wyjęłam z walizki kilka niezbędnych rzeczy, takich jak mały, stylowy pistolet i dwa noże, które ukryłam w obu butach i jeszcze kilka przedmiotów, które mogły się przydać, schowałam walizkę pod łóżko, po czym wyszłam z mieszkania Marka.
Było dopiero południe, więc miałam jeszcze mnóstwo czasu do powrotu mojego przyjaciela. On mógł mówić, co tylko chciał, ale ja nie mogłam siedzieć bezczynnie na tyłku i patrzeć jak ta suka – Mia bezkarnie na mnie poluje. Zabiję najpierw ją, później Erica i każdego, kto tylko spróbuje mi w tym przeszkodzić.
Szłam chodnikiem pogrążona we własnych myślach. Tam gdzie zmierzałam było dość daleko, ale miałam ochotę na spacer po tylu dniach siedzenia w domu.
Nie, nie jestem na tyle głupia, żeby iść do klubu Erica. Po pierwsze będzie tam Mark, a po drugie to byłoby trochę ryzykowne. No okay… to byłoby BARDZO ryzykowne.
Po tylu latach działania w tej branży mam swoje wtyczki, od których mam właśnie broń, ubrania i adres pod jaki zmierzam. Jest to dom "prawej ręki" Erica, niejakiego Carla*, który pracuje z Ericiem od bardzo dawna. Dlaczego zmierzam właśnie do niego? To proste. Nie mam innego punktu zaczepienia. "Moja wtyczka" nie chciała mi podać obecnego adresu Mii, albo kogoś innego. Mam tylko to. Idę tam z nadzieją, że zdobędę tam kolejną wskazówkę, a jeśli nie to przecież nic takiego, że go zabiję. Przysłużę się tylko jego przyszłym ofiarom.
W końcu po wyczerpującym spacerze dotarłam na miejsce. Było to miłe mieszkanko w średnio zamożnej dzielnicy. Wbrew pozorom płatni zabójcy nie mieszkają w willach pełnych przepychu. Muszą umieć się maskować, czego z kolei nie muszą robić szefowie – tacy jak Eric, ponieważ oni mają ochronę dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Tchórze!
Erica będzie załatwić najtrudniej, ze względu na jego ochronę, ale nie ma rzeczy niemożliwych.
Uśmiechnęłam się przebiegle i weszłam do apartamentowca. Odszukałam numer dwadzieścia osiem i zapukałam do drzwi. W ręku – schowany pod rękawem – trzymałam niewielki nóż. Zamierzałam załatwić to szybko, niestety nie mogłam obiecać, że nie będzie bolało.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął mężczyzna przybliżony wiekiem do Erica.
- O co chodzi? – zapytał.
Moje usta wygięły się w delikatnym uśmiechu. Opuściłam okulary na czubek nosa i zmierzyłam mężczyznę wzrokiem.
- Carl? – zapytałam, a raczej seksownie mruknęłam. O tak, potrafiłam być czarująca.
- Tak. – przytaknął głośno przełykając ślinę – A pani to…?
- Wyrocznia, skarbie – szepnęłam i zanim mężczyzna zdążył zareagować, błyskawicznie pchnęłam go do środka i przygwoździłam do ściany przyciskając nóż do jego gardła.
- Ty…
- Cii… - szepnęłam. Kopnęłam drzwi nogą powodując ich gwałtowne zamknięcie.
- Kim jesteś? – syknął głosem przepełnionym jadem.
Zaśmiałam się sarkastycznie.
- Znasz Mię, skarbie? – zapytałam rozbawionym tonem – Albo Erica?
Pokręcił przecząco głową na tyle delikatnie na ile pozwalał mu nóż przyciśnięty do jego gardła. Kłamał. A ja bardzo nie lubię kłamstwa.
Teraz, kiedy przyjrzałam mu się uważniej, skojarzyłam go. Wielokrotnie widziałam go z Ericiem.
- Kłamiesz! – syknęłam mocniej przyciskając nóż do jego gardła. Mężczyzna gwałtownie zassał powietrze, gdy lekko nacięłam jego skórę.
- Kim ty do cholery jesteś!?!
- Grzeczniej proszę! – poruszyłam nadgarstkiem tworząc kolejne nacięcie na jego skórze, z którego już po chwili powoli sączyła się krew. Mała ilość oczywiście. Nie chciałam go przecież od razu zabić. Musiałam się czegoś dowiedzieć.
Odrzuciłam głowę do tyłu i zaśmiałam się gorzko. Carl wykorzystał moment i przewrócił mnie na podłogę. Wytracił mi nóż z ręki i próbował przygwoździć mnie swoim ciałem do podłoża. Próbował – bezskutecznie. Może i kiedyś był dobry w swoim fachu, ale to nie te lata co kiedyś. Poza tym nie bez powodu jestem nazywana najlepszą w tym co robię. Od dziecka uczyłam się wszystkiego co potrzebne. Znam prawie wszystkie sztuki walki i przygwoździć kogoś – nawet dwa razy silniejszego ode mnie – do podłogi to dla mnie nie problem.
Szybko znalazłam się na mężczyźnie. Zwinnym ruchem wyciągnęłam z buta drugi nóż i wbiłam mu go w udo. Mój przeciwnik zawył z bólu i zaczął się gwałtowniej wyrywać. Szarpnął mnie za włosy – najwyraźniej licząc, że są prawdziwe – i zerwał mi perukę. Moje czarne okulary już dawno poleciały gdzieś na bok. Mężczyzna niespodziewanie przestał się ruszać i przyjrzał mi się uważniej.
- Rea Patel – szepnął prawie niesłyszalnie.
Wykorzystałam moment i wyjęłam zza kurtki pistolet przykładając go do skroni mężczyzny.
- Brawo – wydyszałam próbując opanować przyspieszony oddech. Muszę przyznać, że ta szamotanina trochę mnie zmęczyła. Widocznie wyszłam z wprawy. – Przynajmniej wiesz z czyjej ręki zginiesz.
- Mścisz się za rodziców? – zakpił.
Ściągnęłam brwi. Nie miałam pojęcia o co mu chodziło.
- Co? – szepnęłam ledwo panując nad swoim głosem. Pierwszy raz ktoś wspomniał cokolwiek o moich rodzicach.
- Ooo… - zaśmiał się – A więc to nie o to chodzi…
- Zamknij się! – warknęłam.
Uderzyłam mężczyznę tak, aby od razu stracił przytomność. Tak też się stało. Zeszłam z niego, zamknęłam drzwi na klucz i przeciągnęłam jego ciężkie, bezwładnie ciało do pokoju. Przywiązałam go do krzesła, sznurem – a raczej liną – który znalazłam w jednej z szafek. Teraz pozostało mi tylko czekać, aż się ocknie, a tymczasem postanowiłam się rozgościć.

Przejechałam dłonią po zdjęciu, które stało na komodzie. Przedstawiało Carla, o jakieś dwadzieścia lat młodszego i śliczną brunetkę. Miała okrągłą twarz, ciemne, kręcone włosy spływające na jej ramiona i wielkie, brązowe oczy, które odrazy budziły sympatię, były trochę brązowe, trochę czarne… sama nie wiem. Dziwne. Gdzieś już widziałam te oczy. Odstawiłam zdjęcie na miejsce i spojrzałam na zegarek widniejący na moim lewym nadgarstku. Minęły już dwie godziny. Carl powinien się zaraz obudzić. Nagle usłyszałam jego niewyraźny jęk. Oho! Jest już.
Podeszłam do krzesła, do którego był przywiązany i przykucnęłam naprzeciwko. Wzięłam do ręki butelkę stojącą obok i wylałam trochę wody na rękę, po czym chlapnęłam nią mężczyźnie prosto w twarz. Ten otworzył szeroko oczy i rozejrzał się dookoła, po czym zaczął gwałtownie się wyrywać.
- Nie ruszaj się. Więzy tylko się zacieśnią. – powiedziałam spokojnie.
- Ty mała suko… - warknął.
- Grzeczniej! – przyłożyłam mu nuż do szyi. Zaśmiałam się. – Jeśli chcesz to wcale nie musi tak wyglądać, wiesz? Możesz mi po prostu grzecznie powiedzieć wszystko czego chcę, albo opierać się. Ale ostrzegam cię – cmoknęłam ustami – ta druga opcja będzie mniej przyjemna. Nic nie powstrzyma mnie przed obcięciem ci na przykład paca – popatrzyłam na jego dłoń. Mężczyzna prychnął. Spojrzałam w jego twarz, na której malowała się kpina. -… albo innej części ciała – nożem przejechałam po jego klatce piersiowej, aż do rozporka spodni. Lekko nacięłam materiał spodni w jego kroczu. – Rozumiesz? – zapytałam.
- Straszysz mnie? – zapytał nadal butnie, ale już z mniejszą pewnością.
- Ja? – zakpiłam – Skądże. Jak bym śmiała. Ja po prostu grzecznie ostrzegam.

___________________________________________________________
*Carl – pojawia się w prologu - Zabił rodziców Rei. Kochał pewną dziewczynę, którą przypominała mu malutka Rea, nie mógł zabić dziewczynki dlatego przekonał Erica, aby darował jej życie i wychował na zabójcę.


~♦~

Przepraszam, rozdział był napisany już dawno, ale nie miałam czasu go dodać. Wiecie, skończyły się ferie, zaczęła się szkoła, a co za tym idzie mnóstwo nauki.
Jak wam się podoba rozdział. Rea wkracza do akcji ;)
Komentujcie :3
Tagi:
09.03.2014 o godz. 09:23
"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."


Zostałam nominowana do "Liebster Award" przez trzech blogowiczów za co bardzo dziękuję <3

Nominacja od ImBelieber


1. Jak masz na imię?
Asia
2. Ile masz lat?
16 (w listopadzie 17)
3. Jak długo piszesz bloga i co cię zainspirowało?
Pierwszy wpis jest z 12 sierpnia 2012 roku, co do dziś daje ... jakieś dwa i pół roku OMG! Ile to już czasu :)
Co mnie zainspirowało? Dokładnie już nie pamiętam, ale pewnie to co teraz mnie inspiruje, tj. piosenki, filmy, książki, życie codzienne - wszystko.

4. Masz rodzeństwo?
Trójkę. Dwie siostry, jedna dwa lata młodsza ode mnie, druga nie ma jeszcze roku i brata, cztery lata młodszego ode mnie. Jestem niestety najstarsza.
6. Ulubiona piosenka?
Codziennie inna. Zależy jaki mam humor.
7. Ulubione blogi z BloBlo?
Hmm... będzie ciężko. Uwielbiam wszystkie, które czytam, ale wymienię trzy najlepsze:
http://beautiful-chick.bloblo.pl/
http://imbelieber.bloblo.pl/
fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl

8. Jakich masz idoli?
Raczej nie mam konkretnych osób "na celowniku"
9. Masz zwierzaka? Jeśli tak, to jak się wabi?
Nie mam.
10. Ulubione danie?
Raczej nie mam...
11. Jakie masz plany na przyszłość?
Zaraz obejrzę sobie jakiś film, później idę spać, a jutro rano pobudka do szkoły ;)
Nigdy nie myślę o przyszłości. Nadchodzi ona wystarczająco szybko.


Nominacja od Unrequited-Love-JB



1.Jak masz na imię?
Asia
2.Ile masz lat?
16 (w listopadzie 17)
3.Jaki masz kolor włosów?
Brązowy, trochę podchodzący pod kasztanowy
4.Masz rodzeństwo?
Trójkę. Dwie siostry, jedna dwa lata młodsza ode mnie, druga nie ma jeszcze roku i brata, cztery lata młodszego ode mnie. Jestem niestety najstarsza.
5.Imię Twojej/Twojego przyjaciela/przyjaciółki?
Olka
6.Co chciałbyś/chciałabyś robisz w przyszłości?
Jeszcze nie wiem. Na pewno studia, ale jeszcze rozważam kilka kierunków. Jest jednak mała przepaść między tym, co bym chciała, a co mogę.
7.Ulubione danie?
Raczej nie mam...
8.Ulubiony kolor?
Fioletowy
9.Ulubiona piosenka?
Codziennie inna.
10.Ulubione blogi z bloblo?
http://beautiful-chick.bloblo.pl/
http://imbelieber.bloblo.pl/
fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl

11.Co zainspirowało Cię do prowadzenia bloga?
Piosenki, filmy, książki, życie codzienne - wszystko.
Przeczytałam w internecie mnóstwo blogów i sama postanowiłam spróbować.


Nominacja od Foreverstar


1.Jak masz na imię?
Asia
2.Co cię inspiruje do pisania bloga?
Życie codzienne, książki, filmy, muzyka.
3.Ulubiona muzyka?
Dobra. ;) Lubię każdy rodzaj muzyki. Od starych kawałków z lat 90-tych (a czasem i starszych) po dzisiejszą muzykę.
4.Ile masz lat?
16
5.Co robisz w wolnym czasie?
Oglądam filmy, słucham muzyki, piszę, czytam, spotykam się z przyjaciółmi - zależy na co mam ochotę - czasami też śpię ;)
6.Ulubiony przedmiot?
Telefon. Nie przeżyłabym bez niego nawet dnia.
7.Skąd jesteś?(miasto,województwo)
Mazowieckie
8.Jakie blogi lubisz czytać?
Tak samo jak z muzyką. Dobre. Naprawdę o rozmaitej tematyce.
9.Masz rodzeństwo lub zwierzaka?
Mam młodsze rodzeństwo. Tróję, dwie siostry i brata, który robi za zwierzaka ;)
10.Kim chcesz być w przyszłości?
Jeszcze się nie zdecydowałam
11.Kogo chciałabyś zobaczyć w realu?(np.jakąś gwiazdę)
Długo by wyliczać. Aktorów: Leonardo Dicaprio, Will Smith, Shah Rukh Khan, Johnny Depp, Eddie Murphy, Antonio Banderas i mnóstwo innych. Piosenkarzy i piosenkarki... ciężko wyliczyć kogo nie chciałabym spotkać.

Do "Liebster Award" nominuję:
1. http://beautiful-chick.bloblo.pl/
2. http://carmenblue.bloblo.pl/
3. fuck-everything-im-belieber.bloblo.pl
4. http://badboyandgoodgirl.bloblo.pl/
5. http://fight-for-love.bloblo.pl/
6. http://hopefully.bloblo.pl/
7. http://loveyoujustinforever.bloblo.pl/
8. http://ravenheart-world.bloblo.pl/
9. http://funny-joke.bloblo.pl/
10. loveblog.bloblo.pl
11. http://weroniada135.bloblo.pl/

Pytania:
1. Jak masz na imię?
2. Ile masz lat?
3. Ulubiony gatunek filmów?
4. Najgorszy film jaki oglądałaś?
5. Najlepsza książka jaką czytałaś?
6. Kawa vs Herbata?
7. Słone vs Słodkie?
8. Wierzysz w przyjaźń damsko-męską?
9. Ploty z przyjaciółką vs romantyczna randka z chłopakiem?
10. Film w którym chciałabyś się znaleźć?
11. Film który wzruszył cię do łez?
02.03.2014 o godz. 20:40
24 maja


- Mamy kolejnego świadka – Maria jak burza wpadła do gabinetu Hardisona. Mężczyzna uśmiechnął się widząc jej entuzjazm.
- Kto to?
- Młoda dziewczyna, Venessa*. Twierdzi, że ma istotne informacje na temat tego małżeństwa.
- Świetnie! Gdzie ona teraz jest?
Maria uśmiechnęła się.
- Czeka na zewnątrz.
- Dobra. Zaprowadź ją do pokoju przesłuchań. Zaraz tam będę.
Kobieta pokiwała głową i wyszła z gabinetu inspektora. John wstał z fotela i założył marynarkę. Schował do kieszeni odznakę leżącą na biurku i wyszedł. Przeszedł przez długi korytarz i wszedł do pokoju przesłuchań. Na jednym z krzeseł siedziała ładna blondynka. Dziewczyna wyglądała na jakieś 19 lat. Kiedy John wszedł do środka podniosła na niego swoje niebieskie oczy, w których czaiła się niepewność.
- Detektyw John Hardison. – wyciągnął rękę w kierunku blondynki.
- Venessa Bradley – wstała i uścisnęła dłoń inspektora. Po tym geście oboje zajęli miejsca naprzeciwko siebie. Zapadła cisza. Dziewczyna nerwowo bawiła się dłońmi. Hardison wyjął z kieszeni marynarki dyktafon i włączył nagrywanie. Zawsze to robił. Później, kiedy analizował sprawę było mu dużo łatwiej słysząc zeznania świadków. Mógł dokładnie wsłuchać się w ton ich głosu, poznać kiedy się wahali, kiedy mówili pewnie, a kiedy coś kręcili.
- No więc – zastanowił się przez chwilę przypominając sobie imię dziewczyny – Venesso… Co wiesz na temat śmierci pani Rodrigue?
Dziewczyna przeniosła wzrok ze swoich rąk na twarz Johna. Zawahała się przez chwilę, jakby nie wiedziała czy ma mówić, czy może lepiej się wycofać, póki jeszcze ma szansę. Hardison zachęcił ją delikatnym uśmiechem. Dziewczyna westchnęła i spuściła wzrok, po czym zaczęła mówić.
- W sumie o śmierci pani Rodrigue wiem niewiele, ale wydaje mi się, że mam istotną informację na temat tych jej lokatorów.
Blondynka zamilkła. Najwyraźniej ciągle się wahała, czy powiedzieć coś, czy może lepiej nie.
- Słucham. – odparł łagodnie Hardison.
Dziewczyna nabrała powietrza w płuca.
- Kiedy pewnego dnia szłam ulicą zaczepił mnie ten chłopak. Ona była z nim, ale to on do mnie podszedł. Przedstawił ją jako swoją żonę i zapytał o nocleg. Powiedziałam, że nie ma na co liczyć. – dziewczyna zrobiła małą przerwę i nabrała powietrza do płuc – Kiedy zaczął mi grozić zaprowadziłam ich do pani Rodrigue i przedstawiłam jako swoich kuzynów. – dziewczyna zacisnęła powieki i westchnęła – Musiałam skłamać. Wiedziałam, że jeśli powiem, że są moimi kuzynami to pani Rodrigue ich przyjmie. Musiałam mieć pewność. Nie mogłam ich wziąć do siebie do domu…
- Spokojnie Venesso. Potrzebujesz wody? – dziewczyna gwałtownie pokręciła głową pociągając nosem. – Dobrze się czujesz?
Blondyna odetchnęła i uspokoiła swój oddech.
- Tak. Już dobrze.
- W jaki sposób ci groził? – zapytał Hardison. Dziewczyna spuściła głowę i zaczęła bawić się palcami.
- Mówił coś, że jest nieprzyjemnym gościem i że lepiej z nim nie zadzierać.
- A ona?
- Ona stała i przyglądała się jak rozmawiamy – Dziewczyna jęknęła – Przepraszam. – Podniosła wzrok i utkwiła go w twarzy inspektora – Przykro mi. – załkała – Gdybym wiedziała jak to się skończy nie zaprowadziłabym ich do pani Rodrigue.
- Już dobrze. Nic się nie stało. To nie twoja wina.
John wyjął z kieszeni chusteczki higieniczne i podał dziewczynie. Ta wzięła jedną i otarła łzy spływające po jej policzkach. Hardison poczekał chwilę, aż dziewczyna się uspokoi i zadał kolejne pytanie.
- Czy on, ten chłopak przedstawił się jakoś?
Blondynka spojrzała na mężczyznę załzawionymi oczami, pociągnęła nosem i pokiwała głową.
- Tak. Przedstawił się jako Chris… - zastanowiła się chwilę – Raymond. Tak. Chris Raymond.
- A ona?
- Nie jestem pewna – dziewczyna ściągnęła brwi, a John bał się nawet oddychać. Jeśli teraz zdobędzie jej imię, odnajdzie ją. Nazwisko to za mało. W duchu modlił się, żeby dziewczyna pamiętała to jedno imię – Chyba mówił do niej Jess. – powiedziała w końcu – To zdrobnienie od Jessica.
John odetchnął z ulgą.
- Świetnie! – prawie klasnął w dłonie notując imię dziewczyny w czarnym notatniku. – Pamiętasz jak wyglądali?
Blondynka pokiwała głową.
- Dobrze. Pójdziesz teraz do pokoju numer 63, a tam pomogą ci stworzyć portret pamięciowy. Dasz radę?
Blondyna niepewnie przytaknęła.
- Dziękuję. – John uśmiechnął się. – Bardzo nam pomogłaś.
Na ustach dziewczyny przelotnie zagościł gorzki uśmiech. Wyszła z pokoju, a Hardison miał ochotę krzyknąć z radości. Nareszcie jakiś porządny trop! Pojawiła się nadzieja…

Rea


- Chyba nie masz zamiaru robić nic głupiego? – zapytał Mark. Uśmiechnęłam się gorzko. Wystarczyło, że opowiedziałam mu o swoich podejrzeniach wobec Mii, a on jak zwykle dramatyzował.
- Zależy co rozumiesz przez głupie – odparłam dyplomatycznie.
- Rea! Nawet o tym nie myśl! Jeśli spróbujesz dopaść Mię to Eric cię zabije!
Cholera! Dlaczego ten chłopak musi czytać w moich myślach!?
- Słyszysz co do ciebie mówię?! – podniósł głos. Dopiero teraz spojrzałam na jego sfrustrowaną twarz. Siedział przy stole naprzeciwko mnie i nawet nie tknął kolacji, którą zamówiliśmy. Mi zresztą też odszedł apetyt.
- Nie dramatyzuj Mark – westchnęłam odsuwając od siebie talerz z plackiem cygańskim.
Mój przyjaciel, aż poczerwieniał ze złości i wiedziałam, że próbuje się opanować.
- Ja dramatyzuję!?! To ty nie traktujesz tego poważnie!
Przewróciłam teatralnie oczami.
- Być może, ale nie potrafię inaczej.
- Dobra. – Mark trochę się uspokoił - Ty nie potrafisz inaczej, ale pomyśl, że teraz nie jesteś odpowiedzialna już tylko za siebie. Masz dla kogo żyć! Do cholery, Rea! Jak możesz być taka głupia?!
Zapadła cisza. Stwierdziłam, że lepiej się nie odzywać. Poza tym miał trochę racji, ale i tak wiedziałam, że nie zrezygnuję ze swojego planu.

dwa dni póżniej
26 maja


Narrator


John westchnął i podrapał się po karku. Zamrugał oczami, żeby je trochę ożywić i przeciągle ziewnął. Od kilku dni jego popołudnia wyglądały tak samo. Siedział w biurze, przeglądał dokumenty, zdjęcia i przesłuchiwał na nowo zeznania świadków. Na razie nie przyniosło to upragnionych rezultatów, ale Hardison wiedział, że kiedyś nie będzie żałował, że spędzał całe dnie na analizie tej sprawy.
Mężczyzna przeciągnął się i spojrzał na zegarek widniejący na jego lewym nadgarstku. Było dopiero wpół do piątej, ale detektyw miał wrażenie, że jest już środek nocy. Był strasznie zmęczony. Cały czas tylko myślał. Zadawał sobie mnóstwo pytań, ale na żadne z nich nie znał odpowiedzi.
Dlaczego ktoś chciałby zabić Zayna Malika – płatnego zabójcę?
Fakt. Głupie pytanie. Każdy mógł chcieć go zabić, głównie z tego powodu, że był kim był. Ale nie mógł to być przypadek. Nie zrobił też tego byle kto. Malik musiał podpaść "górze". Ale w jaki spodów? Zrobił to jego szef, a może któraś w z wrogich mafii?
I pani Rodrigue… starsza, miła pani z sąsiedztwa. Kto mógł chcieć jej śmierci? I ta dziewczyna – Jessica… Kim ona właściwie jest? Co robi w dwóch tak różnych sprawach? O co w tym wszystkim chodzi?
John jęknął sfrustrowany. Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi.
Z rozmyślań wyrwało go pukanie do drzwi. Z gardła mężczyzny wydobyło się dość głośne "proszę". Do pokoju wszedł mężczyzna po czterdziestce. Hardison pierwszy raz widział go na oczy.
- Inspektor John Hardison? – zapytał.
- Tak. O co chodzi? – zmarszczył brwi zastanawiając się o co chodzi.
- Prowadzi pan sprawę zabójstwa pani Rodrigue, a ja chyba wiem kim jest zabójca.
John wstrzymał oddech. Nadeszła chwila, w której jego wysiłki zostaną wynagrodzone.
- Proszę – wstał z krzesła i zaczął zgarniać papiery z biurka – Proszę wejść. Niech pan siada.
Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i usiadł na miejscu wskazanym przez detektywa. Inspektor również zajął miejsce i tradycyjnie włączył dyktafon.
- Proszę się przedstawić i powiedzieć co pan wie w tej sprawie.
- Nazywam się David Russell. Chyba wiem, kto mógł zabić starą panią Rodrigue. Jestem z Bison i dobrze ją znałem – mówił świadek – Dwudziestego maja szedłem ulicą, kiedy zatrzymał się przede mną czarny samochód. Wysiadła z niego dziewczyna – blondynka ubrana na czarno. Pytała o tych lokatorów pani Rodrigue i twierdziła, że jest kuzynką tej dziewczyny. Wskazałem jej drogę do domu Olivii. – mężczyzna przerwał na chwilę, zamyślił się, po czym kontynuował - Myślę, że to ona mogła ją zabić. Wyglądała… - zawahał się – Miała w sobie coś takiego… - cmoknął ustami – co budziło respekt. Była podejrzana.
- Była sama? – zapytał John.
- Nie. Był z nią jakiś mężczyzna, ale nie widziałem go, bo tylko ona wysiadła.
- Rozumiem. – detektyw kiwnął głową – Przedstawiła się jako kuzynka Jessici Raymond, tak?
Co za ironia – pomyślał Hardison – Znowu kuzynka.
- Tak. Ale wyglądało, że wymyśliła to na poczekaniu, kiedy zapytałem ją dlaczego szuka tej dziewczyny.

___________________________________________________

*Venessa pojawia się w rozdziale 15. To ta słodka blondynka, która kieruje Justina i Reę do domu pani Rodrigue.


~♦♦♦~
No i mamy kolejny rozdział! Jak myślicie, co knuje Rea?
Tagi:
24.02.2014 o godz. 17:50
Narrator


- No więc, proszę opowiedzieć co pani robiła dwudziestego maja? – zapytał detektyw John siadając naprzeciwko pulchnej kobiety po czterdziestce o twarzy okrągłej jak księżyc w pełni. Inspektor nacisnął czerwony przycisk na dyktafonie włączając tym samym nagrywanie.
Kobieta rozejrzała się nerwowo po pustych, szarych ścianach pokoju przesłuchań, spojrzała w weneckie lustro po jej prawej stronie, a później jej wzrok spoczął na twarzy Hardisona.
- No więc… - zamyśliła się – Ach tak! To był dzień jak co dzień. Wstałam, zrobiłam dzieciom śniadanie i odwiozłam je do szkoły. O jakiejś jedenastej zadzwoniła nauczycielka i powiedziała, że mój synek źle się poczuł i żebym po niego przyjechała. Niestety mój samochód nie odpalił, co zresztą dość często mu się zdarza. – mówiła – Poszłam do pani Rodrigue, bo ona często pożycza mi swoje auto. Zapukałam, ale nikt nie otwierał. Drzwi były otwarte więc weszłam do środka. A tam… - kobieta zatrzymała się na chwilę – Zobaczyłam ją… Martwą. Od razu zadzwoniłam na policję.
Hardison pokiwał współczująco głową i spojrzał w kartkę, którą miał przed sobą.
- Dobrze. Proszę mi powiedzieć, co pani wiadomo na temat lokatorów ofiary.
Kobieta pospiesznie pokiwała głową ściskając torebkę, którą trzymała na kolanach.
- Tak, tak. Ostatnio zatrzymało się u niej młode małżeństwo na kilka dni. W naszym miasteczku nie ma hotelu, a kto normalny wpuściłby do domu obcych ludzi? Wiadomo? Może by człowieka okradli, albo jeszcze co gorszego…
- Co pani ma na myśli? - zainteresował się John. Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu i nachyliła się nad stołem, jakby chciała powierzyć komuś wielki sekret. Hardison automatycznie zrobił to samo.
- Panie inspektorze… - westchnęła – Ja tam nic nie wiem, ale ludzie gadają, że to dziwne. Bo… - cmoknęła ustami – Ci lokatorzy zniknęli z dnia na dzień, a później znaleziono Rodrigue martwą. Sam pan rozumie… coś musi być na rzeczy.
John pokiwał głową zgadzając się z kobietą. Sam już wcześniej o tym myślał.
- A jak pani myśli, po co mieliby ją zabijać? – zadał pytanie, które nurtowało go już od dawna.
- Ja tam nie wiem. – kobieta oparła się powrotem o oparcie krzesła. – Ale to wszystko wydaje się podejrzane. Może ją okradli?
Hardison zaśmiał się. Gdyby to było takie proste!
- Obawiam się, że niestety nic nie zginęło.
- A samochód? – dopytywała kobieta – On zginął, prawda?
- No tak, ale kto normalny zabijałby za samochód?
- Panie inspektorze! – parsknęła – W tych czasach wszystko jest możliwe.
John pokiwał głową, mimo, że nie do końca zgadzał się z racjami świadka. Nagle w jego głowie pojawiła się przerażająca myśl. A co jeśli ona ma rację? Jeśli to tylko parka młodych złodziejaszków, która tylko chciała okraść starszą panią? I może wcale nie są powiązani z zabójstwem Malika. Ale nie! John czuł, że coś się za tym kryje. A z doświadczenia wiedział, że jego intuicja jest niezawodna.
- Jeszcze jedno pytanie.
- Tak? – kobieta przestała się niespokojnie wiercić.
- Widziała pani tych lokatorów? To znaczy, czy pamięta pani jak wyglądali?
Kobieta popatrzy na swoje dłonie i zastanowiła się chwilę.
- Chłopaka widziałam wielokrotnie, bo pracował w ogródku, ale dziewczyna cały czas siedziała w domu. Widziałam ją tylko raz i nie pamiętam dokładnie…
- Dobrze. To tyle. Dziękuję pani. – John wstał z krzesła – Teraz pójdzie pani do pokoju numer 63 i pomoże pani stworzyć portret pamięciowy tych dwojga.
Kobieta pokiwała głową i żegnając się z Hardisonem wyszła z pokoju.
To nadal było za mało. Jeśli John chciał rozwiązać sprawę Malika musiał wiedzieć więcej na temat tej dziewczyny. Wtedy może uda mu się ją odnaleźć. Ona jest jego kluczem do awansu.

Rea


Cholera!
Miałam już dość tego ciągłego siedzenia w domu. Od pięciu dni nie wychodzę z domu Marka. Chciałam zamieszkać gdzieś indziej, ale mój przyjaciel się uparł. Mam wrażenie, że jestem traktowana jak dziecko. Mam tego dość! Chciałabym wyjść, zabawić się, załapać świeżego powietrza, ale nie mogę – ta myśl jest najbardziej przytłaczająca.
Podeszłam do okna i odsłoniłam zasłony w obecnie mojej sypialni. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić, ale pogoda była taka piękna. Chciałam poczuć promienie słoneczne na swojej twarzy, chociaż przez chwilę. To zabawne, prawda? Zachowuję się jak jakaś świrusa, ale odbija mi od tego ciągłego siedzenia w domu.
Mark twierdził, że mogą mnie szukać w mieście, ale ja dobrze wiedziałam, że ta idiotka Mia jest za głupia, żeby wpaść na mój trop. Poza tym nic nie naprowadza ich na trop Marka. Nikt nawet nie wiedział, że się przyjaźnimy. Nigdy nie widziano nas razem. Tylko jak rozmawialiśmy w barze, a rozmawiałam ze wszystkimi barmanami, więc Mark w ich oczach nie był wyjątkiem.
Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się promieniami słonecznymi. W mieszkaniu panowała cisza, co oznaczało, że Mark już wyszedł, więc musiało być już po jedenastej. Odeszłam od okna i powędrowałam do łazienki. Tam wzięłam długi, relaksujący prysznic i ubrałam się. Poszłam do kuchni. Na stole jak zwykle leżała kartka z liścikiem od Marka i przygotowane przez niego śniadanie.
Uśmiechnęłam się. Mark był najsłodszym facetem pod słońcem. Strasznie się przejął, że jestem w ciąży i postawił sobie za główny cel rozpieszczanie mnie.
Każda normalna dziewczyna byłaby wniebowzięta, ale ja miałam już tego dość. Nie byłam przyzwyczajona do takiego trybu życia. Lubiłam adrenalinę, ale niestety najwyraźniej nie było mi to pisane.
Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść śniadanie. Wzięłam do ręki liścik i przeczytałam go.

"Mam nadzieję, że się wyspałaś.
Nie chciałem cie rano budzić.
Zjedz śniadanie i nie przemęczaj się.
Jak wrócę to zamówimy coś do jedzenia.
Będę o dziewiątej.
Mark"


Odłożyłam kartkę na bok i dokończyłam jeść śniadanie. Przeszłam do pokoju i rozkładając się wygodnie na fotelu włączyłam telewizor. Przełączałam po kanałach, kiedy poczułam mdłości. Na szczęście szybko ustąpiły.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że w moim brzuchu jest mała istotka, która bez względu na wszystko będzie mnie kochać bezgranicznie. Na początku byłam zdruzgotana tą wieścią, ale teraz kiedy o tym myślę, jest to chyba najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać. To dziecko będzie częścią mnie i Zayna - będzie dowodem naszej miłości. Dzięki niemu część Zayna na zawsze pozostanie przy mnie.
Mój oddech przyspieszył. Tak bardzo tęskniłam za Malikiem. Chciałam, żeby był przy mnie, żeby cieszył się razem zemną z tego dziecka. Nadal dobrze pamiętałam błysk jego oczu i miękkość ust.
Boże! Dlaczego musiałeś mi go odebrać?
Nie… to nie Bóg ci go odebrał. To Mia..
Ta podstępna dziwka jeszcze mi za to zapłaci! Nadejdzie dzień, kiedy ją zabiję i pomszczę śmierć mojego Zayna.
Poczułam ból w dłoni. Dopiero teraz zorientowałam się, że zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie przebijają mi skórę dłoni.
Rozluźniłam uścisk i żeby odgonić czarne myśli zwróciłam wzrok w kierunku telewizora.
Nagle nie wiadomo dlaczego moje myśli powędrowały do osoby Biebera. Byłam ciekawa co robi i gdzie teraz jest. Ale najbardziej ciekawiło mnie co pomyślał, kiedy go zostawiłam. Czy choć trochę się zmartwił? A może mu ulżyło?...
Zostaw to Rea! – skarciłam się w myślach. Potrząsnęłam głową, żeby nie myśleć o wyrazie twarzy Biebera, kiedy tamtej nocy biegł za odjeżdżającym samochodem.
Podgłosiłam telewizor i próbowałam skupić się na tym co mówiła reporterka w wiadomościach.
- A teraz przenosimy się do małego miasteczka o nazwie Bison, gdzie trzy dni temu znaleziono ofiarę brutalnego zabójstwa – Moje oczy rozszerzyły się do granic możliwości. Przełknęłam głośno ślinę i wsłuchałam się w głos reportera, który stał przed małym domkiem łudząco przypominającym dom pani Rodrigue.
- Trzy dni temu doszło to do straszliwej zbrodni. Znaleziono starszą kobietę. Olivia R. – zdjęcie pani Rodrigue pojawiło się na ekranie. Mój oddech przyspieszył, a mięśnie napięły się – została zamordowana w biały dzień w swoim domu. – mówił dalej reporter – Jest ze mną detektyw Hardison, który zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań – w kadrze pojawił się mężczyzna po trzydziestce.
- Panie inspektorze, czy to może być robota seryjnego mordercy?
Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem. Ludzie czasami mieli taką wyobraźnię, że… szkoda gadać.
- Nie sądzę – odparł gliniarz – Na razie nie mamy żadnych konkretnych tropów, ale wiadomo, że kilka dni temu u ofiary zatrzymało się młode małżeństwo, po którym obecnie ślad zaginął. Jeśli ktoś posiada jakiekolwiek informacje na ten temat prosimy, aleby bezzwłocznie zgłosił się na policję. Obecnie tworzony jest rysopis pary, który ma pomóc w ich zidentyfikowaniu.
- Czy oni mogą być niebezpieczni?
- Tego nie wiemy, ale mogą posiadać istotne informacje w tej sprawie.
Reporter pokiwał głową i spojrzał w stronę kamery.
- Dziękuję. Z Bison mówił dla państwa Frank Hollenbeck.
Wzięłam do ręki pilot i wyłączyłam telewizor. Wstałam z fotela i wzięłam głęboki wdech.
O cholera! Co ja teraz zrobię?! Jeśli stworzą mój rysopis sprawy się pokomplikują. I przede wszystkim: Kto do cholery zabił panią Rodrigue?!
Zamyśliłam się przez chwilę.
- Mia… - syknęłam z odrazą.

________________________________________
Przepraszam. Wiem, rozdział powinien pojawić się już dawno. Ale wiecie, mam teraz ferie i przez kilka ostatnich dni tak się rozleniwiłam, że nic mi się nie chce. Ale myślałam trochę nad opowiadaniem i już chyba wiem jak je skończyć. Także zabieram się do roboty kochani!
Dziękuję za wspaniałe komentarze ;* Jesteście cudowne ♥
Kolejny postaram się dodać jeszcze w tym, tygodniu.
Tagi:
20.02.2014 o godz. 10:30
23 maja

Narrator

Aaron wyjął z ust cygaro i wypuścił z płuc trujący dym. Po raz kolejny w tym miesiącu siedział na tej samej skórzanej kanapie w „gabinecie” Erica. To Eric wysunął propozycję spotkania i Aaron nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Do tego jeszcze miał czelność się spóźniać – Pieprzony pajac!
Mężczyzna usłyszał jakieś hałasy zza drzwi, a po chwili do środka wszedł jego BYŁY przyjaciel.
- Aaron – wykrzyknął z ironiczną radością rozkładając szeroko ramiona. – Jak się masz?
Bieber zmierzył go znudzonym wzrokiem. Nie miał ochoty na pajacowanie.
- Przejdź do rzeczy. Nie mam czasu na twoje głupie zagrywki. – powiedział chłodno i rozsiadł się wygodniej na kanapie.
- Dobrze. – Eric usiadł przy biurku, które znajdowało się naprzeciw kanapy. – Słyszałem, że twój syn wrócił.
- I co z tego?
- A to, że jestem niezmiernie ciekaw gdzie był do tej pory. Chociaż nie… wiem gdzie był. Był w Bison razem z Reą. – mówił beztroskim głosem – Ale nie o to chodzi. Twój syn mnie nie interesuje. Jestem w stanie wybaczyć mu ten mały wyskok, w końcu jest młody i głupi, ale niech powie gdzie jest ta mała suka Rea. – szczęki Erica zacisnęły się groźnie – Tylko tyle chcę wiedzieć.
- Justin nic nie wie – odparł spokojnie Aaron.
Eric zaśmiał się.
- Jestem pewny, że coś wie… ale – zakpił – może ty nie potrafisz wyciągnąć z niego tych informacji? Może potrzebujesz pomocy? Rozumiem, że samemu ciężko jest wychowywać syna. Miranda, na pewno…
- Nie waż się wymawiać jej imienia! – wrzasnął Aaron zrywając się z kanapy – Justin nie ma matki przez ciebie! Nie masz prawa nawet wypowiadać jej imienia!
Zanim Eric zdążył zareagować Aaron pośpiesznie wyszedł z pokoju trzaskając za sobą drzwiami. Wyszedł z budynku i wsiadł do czarnej limuzyny. Usiadł na skórzanym siedzeniu i przetarł twarz rękoma. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Dlaczego ten gnojek musiał o niej wspomnieć?! Nie miał prawa. Ona…

*Rok 1992*

- Po prostu go kropniemy – stwierdził ze spokojem Aaron Bieber.
- Naprawdę? Jesteś pewny? – Eric uniósł wysoko brwi – I tak policja depcze nam po piętach… - nie był pewny czy nie wpadną na ich trop, gdy znajdą kolejnego trupa.
- Nie mamy wyjścia Eric! – Aaron machnął w powietrzu pistoletem, który trzymał wycelowany w swojego byłego współpracownika.
Mężczyzna był przygwożdżony do ściany. Z jego czoła spływały kropelki potu, a nogi miał jak z waty. Wiedział, że jeszcze chwila i zemdleje. Nadal miał nadzieję, że Eric wygra spór i powstrzyma Aarona przed zabiciem go. To zawsze Eric lubił go bardziej. Ale to Aaron rządził i był bardziej opanowany. To nie wróżyło dobrze, że to właśnie on chciał go zabić. Co mu strzeliło do głowy, żeby ich zdradzić?! Był pewny, że to się nie wyda, ale chyba się przeliczył…
- Ten karaluch – Bieber spojrzał z pogardą na mężczyznę trzęsącego portkami – śmiał nas zdradzić i teraz musi za to zapłacić. Wiesz co by było, gdybyśmy mu to odpuścili? Inni też pomyśleliby, że mogą nas wykiwać bez poniesienia za to żadnej odpowiedzialności, a do tego nie możemy dopuścić. Chyba, że chcesz spędzić resztę życia za kratami? – spojrzał pytająco na przyjaciela.
Eric przez chwilę przetwarzał słowa swojego współpracownika, po czym kiwnął głową.
Aaron wycelował broń w zdrajcę i patrząc w jego oczy przepełnione strachem nacisnął spust. Mężczyzna opadł na kolana, a po chwili na ziemię, wokoło rozlała się kałuża krwi. W tym momencie obaj wspólnicy usłyszeli jakiś stłumiony pisk i przyśpieszony oddech, jakby ktoś próbował uspokoić się po tym co zobaczył. Przyjaciele spojrzeli po sobie spanikowani. Stali w milczeniu i nasłuchiwali. Po chwili Eric zorientował się skąd dochodzi odgłos. Pobiegł w tamtą stronę i zza kupy złomy wyciągnął śliczną blondynkę. Kobieta łkała, a po jej policzkach spływały łzy, była roztrzęsiona. Przyjaciele domyślili się, że musiała widzieć całe zajście. Aaron zaklął pod nosem.
- Proszę – załkała próbując wyrwać się z silnego uścisku Erica – Nie zabijajcie mnie. Nikomu nie powiem co widziałam. Błagam…
Aaron westchnął i schował pistolet za pasek. Podszedł do dziewczyny i spojrzał jej w oczy. Widział w nich strach. Bała się, jego i tego co za chwilę mogło nastąpić.
- Jak masz na imię? – zapytał łagodnie.
Kobieta przełknęła głośno ślinę uspokajając się trochę.
- M-Miranda. – wyjąkała próbując panować nad głosem.
- Pójdziesz z nami Mirando.


Aaron uśmiechnął się na myśl o tym wspomnieniu. Już wtedy zakochał się w Mirandzie, ale dopiero później zdał sobie z tego sprawę. Dziewczyna na początku opierała się, ale w końcu zaczęła pomagać im w brudnych interesach. Nawet jej się spodobało. Miranda… ona była inna. Była czysta, taka miła i uczynna. Aaron nadal pamiętał każdą ryskę jej twarzy, jej piękne szare oczy, gdy była wściekła migotały w nich iskierki, albo gdy się cieszyła, albo bała…

- Coś ty powiedział?! – ryknął Aaron. Odwrócił się powrotem w stronę blondyna, który wyglądał mu na podrywacza i cwaniaka. Wokół panował stłumiony hałas, który próbował się wydostać zza tylnych drzwi dyskoteki, gdzie ludzie bawili się w najlepsze. Aaron i Miranda chwilę temu tańczyli, ale pojawił się ten gość i wytrącił Biebera z równowagi.
- Nie słyszałeś – na jego ustach pojawił się cwaniacki uśmieszek, który Aaron miał ochotę zedrzeć z jego gęby. – Dobra, specjalnie dla ciebie powtórzę jeszcze raz. Twoja dziewczyna to niezła FOKA! Dziwisz się, że złapałem ją za tyłek? Stary – zaśmiał się – kto by nie chciał jebnąć ją w tą seksowną dupę musiałby być gejem.
W Aaronie złość rosła i wiedział, że za chwilę wybuchnie i nic go nie powstrzyma. Czuł dłoń Mirandy zaciskającą się na jego nadgarstku. To zadziwiające, jak ta dziewczyna potrafiła wyczuć w jakim właśnie jest nastroju.
- Co? – zakpił blondyn – Aaa… pewnie jeszcze jej nie stuknąłeś. Nie dziwię się. Pewnie nie może patrzeć na twoją mordę. Mała – zwrócił się do dziewczyny stojącej obok Aarona – choć ze mną. Nie pożałujesz. Sprawię, że będziesz krzyczała moje imię z rozkoszy.
Bieber nie wytrzymał i rzucił się na blondyna. Przewrócił go na ziemię, usiadł na nim okrakiem i zaczął okładać pięściami po twarzy.
- Przestań! – usłyszał głos Mirandy, ale nie zareagował. Dalej bił chłopaka, a jego twarz robiła się coraz bardziej zakrwawiona.
- Odszczekaj to złamasie! – wrzasnął potrząsając blondynem.
Ten widząc, że jeszcze bardziej rozzłości tym przeciwnika uśmiechnął się cwaniacko. Nie mylił się. Aaron wpadł w szał. Wyciągnął zza paska broń i przyłożył ją do czoła chłopaka, a później uderzył go jeszcze raz.
- Zginiesz śmieciu!
- Aaron! – usłyszał roztrzęsiony głos Mirandy – Przestań! Błagam cię! Dość! – poczuł dłoń dziewczyny na swoim ramieniu.
W szale odepchnął ją, a ona z krzykiem upadła na ziemię. Aaron szybko otrząsnął się z szału i wstał z blondyna podbiegając do dziewczyny. W jej oczach dostrzegł strach. Bała się go. Przykucnął i zaczął pomagać jej wstać.
- Boże! Miranda! Nic ci nie jest? – dziewczyna pokręciła głową – Tak strasznie cię przepraszam. Nie wiem co we mnie wstąpiło! Nie chciałem…
- Już dobrze – zapewniła dziewczyna uśmiechając się delikatnie – Nic mi nie jest.
Aaron obejrzał się na miejsce, gdzie przed chwilą leżał pobity chłopak, ale nikogo już tam nie było. Musiał wykorzystać moment nieuwagi i uciec. Tchórz!
Mężczyzna spojrzał na swoje ręce, które były całe w krwi. Poczuł do siebie wstręt. Nadal nie wiedział, jak mógł zachować tak przy Mirandzie. To było nie do pomyślenia.
Pomógł dziewczynie wstać i upewnił się, że nic poważnego się jej nie stało.
- Naprawdę nic mi nie jest. – zapewniła po raz kolejny.
- Jesteś pewna? Możemy iść do lekarza…
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Miranda zamknęła mu usta pocałunkiem. Aaron oparł dłonie na jej biodrach pogłębiając pocałunek, a ona zarzuciła dłonie na jego karku. Od tak dawana o tym marzył.
W końcu oderwali się od siebie. Blondynka przygryzła wargę i uśmiechnęła się delikatnie.
- Myślałem, że nie lubisz jak się biję. – zaśmiał się przyciągając dziewczynę bliżej siebie.
- Ten jeden raz mogę przymknąć na to oko – uśmiechnęła się i ponownie złączyła ich wargi.


Aaron uśmiechnął się. O tak, zdecydowanie to wspomnienie jest najsłodsze. Do tej pory pamięta smak warg Mirandy. Smakowała tak niewinnie… Ale jak się okazało taka nie była. Wtedy Aaron myślał, że ona należy tylko do niego, ale się przeliczył. Jakiś czas później okazało się, że Miranda nie należała tylko do niego. W połowie zawsze należała do Erica…

- Wybieraj. – warknął Aaron zaciskając dłonie w pięści – Albo ja, albo on.
Zapadła cisza. Miranda popatrzyła w oczy Aaronowi, ale ten odwrócił wzrok, później popatrzyła na Erica stojącego obok.
- Nie potrafię – zaszlochała – Kocham was obu… Po prostu nie potrafię.
Spuściła głowę, a przez zasłonę jej aksamitnych blond włosów dało się dostrzec łzy na jej policzkach.
- Mirando – ton jego głosu zmienił się na łagodniejszy. Nie chciał, żeby płakała przez niego czy przez Erica. Nie chciał, żeby płakała z jakiegokolwiek powodu. Nie cierpiał patrzeć na jej kryształowe łzy i zaszklone oczy. – Nie winimy cię. Musisz wybrać. Niezależnie od wyboru dalej zostaniemy przyjaciółmi.
Eric pokiwał pospiesznie głową.
- Niezależnie od twojego wyboru zawsze będziesz mogła mieć oparcie w nas dwóch. I pamiętaj jedno. – wziął głęboki wdech – Zawsze będę cię kochał, bez względu na wszystko.
Aaron nie mógł uwierzyć, że słyszy te słowa od Erica. To nieprawdopodobne. Zawsze wydawało mu się, że Eric jest bezwzględny i traktuje kobiety jak marionetki. Po raz pierwszy w jego oczach zobaczył miłość i uwielbienie…


Aaron westchnął i przetarł dłonią twarz, żeby pozbyć się tego wspomnienia. Kogo wybrała Miranda? Erica. Tak, to był ogromny cios dla Aarona, ale nic nie mógł na to poradzić. Musiał się pogodzić z wyborem swojej ukochanej. Dotrzymał obietnicy. Był dla niej oparciem, nie traktował też inaczej swojego przyjaciela. Nie miał im tego za złe. Ale chociaż nie wiem jak chciał po prostu nie mógł się cieszyć ich szczęściem. Do tej pory boli go serce na myśl co czuł widząc ich szczęśliwych. Zdawać by się mogło, że tak zakończyła się historia tej tragicznej miłości. Ale nie. To był dopiero początek tego co napisał los. Cała historia była o wiele tragiczniejsza… Czasami Aaron miał wrażenie, że to właśnie to co przeżył sprawiło, że jest tym kim jest, a nie kimś innym…
Kiedy Eric oznajmił, że w interesach musi wyjechać ktoś musiał zaopiekować się Mirandą. Był to oczywiście nie kto inny, jak Aaron. Może gdyby wtedy Eric nie musiał wyjechać… być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale Aaron nie żałował. Nawet chwili.

- To był wspaniały wieczór – oznajmiła Miranda. Aaron już dawno nie widział na jej twarzy takiego uśmiechu. Kto by pomyślał, że zwykły wypad do miasta i do kina sprawi jej taką przyjemność. To właśnie Aaron kochał w Mirandzie, że czasami potrafiła być taka beztroska, zupełnie jak dziecko. Dziewczyna odwróciła się do mężczyzny plecami i przez chwilę mocowała się z zamkiem drzwi swojego mieszkania. W końcu drzwi ustąpiły. Odwróciła się do niego i uśmiechnęła niewinnie.
- Może wejdziesz?
Aaron już chciał powiedzieć, że lepiej nie, ale w jego głowie pojawiła się myśl, że przecież to nic takiego. Po prostu jako para dobrych znajomych napiją się kawy. To normalne.
- Z chęcią.

Dziś Aaron wie, że nie powinien był wchodzić, ale wie też, że gdyby mógł jeszcze raz popełniłby ten sam błąd. Popełniałby go tysiące razy. Po prostu nie umiał inaczej…

Aaron wodził wzrokiem za Mirandą, która krzątała się po kuchni. Czajnik zaczął gwizdać, a dziewczyna zalała kawę i chwilę później postawiła kubek przed chłopakiem uśmiechając się ciepło. Aaron mógłby patrzeć tak na nią godzinami. Chciał budzić się z przeświadczeniem, że rano zobaczy ją uśmiechniętą w kuchni i że już nigdy nie będzie musiał się nią dzielić. Ale wiedział, żeby to nie możliwie. Ona dokonała już wyboru i to się nie zmieni.
- Nad czym tak dumasz? – usłyszał jej melodyjny śmiech. Usiadła naprzeciwko niego i popatrzyła na niego tymi pięknymi szarymi oczami.
- Nad życiem – zaśmiał się mężczyzna.
Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem i wzięła w swoje smukłe ręce kubek, po czym upiła łyk kawy i natychmiast się skrzywiła, ponieważ kawa była strasznie gorąca.
Aaron uśmiechnął się i również napił się kawy, czego po chwili pożałował, bo był to niemal wrzątek. Zanim się zorientował upuścił kubek, a niewyobrażalnie gorący napój rozlał się na jego spodnie.
- O Boże! Szybko zdejmij spodnie! – poinstruowała go Miranda zrywając się z krzesła. Mężczyzna posłusznie zdjął spodnie strzepując rękoma resztki kawy. Dziewczyna wzięła od niego spodnie, zmierzyła go wzrokiem, po czym wybuchła szczerym śmiechem. Po chwili Aaron również się roześmiał patrząc na tą scenę z boku. Oboje śmiali się wniebogłosy. Bieber popatrzył na dziewczynę i zapragnął jej jeszcze bardziej niż zwykle. Zbliżył się do niej, uniósł delikatnie jej podbródek i musnął jej roześmiane wargi. Widząc, że blondynka odwzajemnia pocałunek pognębił go. Zaczęli całować się coraz namiętnej zmierzając w stronę sypialni…


Tak, zrobili to wtedy. I jak do tej pory to była najlepsza noc w życiu Aarona Biebera. Miranda zdecydowała ponownie i tym razem wybrała jego. Nie Erica, ale jego!
Postanowili powiedzieć, o tym Ericowi, gdy ten tylko wróci. Tymczasem jego podróż cały czas się przedłużała. Niedługo później okazało się, że Miranda jest w ciąży. Aaron uśmiechnął się na myśl, jak cieszył się, gdy mu o tym powiedziała. Gdy w końcu przeszła wiadomość od Erica, że ten wraca Miranda była już w zaawansowanej ciąży. I wtedy zaczął się koszmar…

*Rok 1993*

Zakochani stali na dworcu trzymając się kurczowo za ręce. Ludzi napływało coraz więcej i stało się jasne, że pociąg już dotarł. Aaron niemal czuł serce łomoczące w piersi dziewczyny więc ścisnął jej rękę i przysunął bliżej do siebie. Tłum zaczął się przeradzać i dopiero teraz dostrzegli, że niecałe dziesięć metrów od nich stoi jak wryty Eric. Oddech dziewczyny przyspieszył. Aaron również się denerwował, ale starał nie dać po sobie tego poznać, żeby dodać jej trochę otuchy.
Torba, którą Eric trzymał w ręku upadła na ziemię, a ten zaczął biec w stronę przyjaciela i swojej DOTYCHCZASOWEJ dziewczyny.
- Ty gnoju! – wrzasnął.
Zanim Aaron zdążył zareagować przyjaciel rzucił się na niego i zaczął okładać po twarzy krzycząc przy tym obelgi pod jego adresem.
Przerażona Miranda próbowała ściągnąć Erica z Aarona, ale był zbyt silny. W szale odepchnął dziewczynę, a ta upadła na chodnik. Skrzywiła się, ponieważ poczuła niemiłosierny ból w krzyżu, a później skurcz w podbrzuszu. Pomyślała, że do terminu został jeszcze prawie miesiąc i to za wcześnie, ale zaraz po chwili jęknęła z falą przypływu kolejnego skurczu.
Aaron używając całej siły zrzucił z siebie Erica i zajął się dziewczyną.
- To koniec naszej przyjaźni! – wrzasnął oburzony mężczyzna i odszedł.
- Wszystko w porządku? – zapytał Bieber.
Dziewczyna zacisnęła zęby i pokiwała głową.
- Jedziemy do szpitala – oznajmił.

***
Aaron pospiesznie wstał z krzesełka i podszedł do lekarza, który właśnie opuścił salę operacyjną.
- Gratuluje panie Bieber. Ma pan syna.
Aaron uśmiechnął się z ulgą.
- A co z Mirandą? – zapytał po chwili z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Przykro mi. – lekarz spuścił głowę – Nic nie mogliśmy zrobić. Doznała urazu kręgosłupa…
Lekarz mówił jeszcze coś, ale do Aarona już to nie docierało. Cały czas w głowie ktoś wykrzykiwał słowa lekarza „Nic nie mogliśmy zrobić”. Mężczyzna ignorując mówiącego doktora usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach opierając łokcie na kolanach. Z jego oczu popłynęły łzy. Pierwszy raz płakał publicznie. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Ciągle nie mógł uwierzyć, że jej już przy nim nie ma. Życie straciło sens.

***
- Pański syn – oznajmiła pielęgniarka z szerokim uśmiechem na ustach podając Aaronowi dziecko zawinięte w niebieski kocyk. Mężczyzna ostrożnie wziął malucha i popatrzył na niego. Był taki podobny do matki. Aaron z trudem powstrzymał się od płaczu.
- Nie martw się – szepnął do malucha, gdy pielęgniarka zostawiła ich samych – Ty nigdy nie będziesz tak cierpiał…


Aaron otarł samotną łzę spływającą po jego policzku. Wyjął z kieszeni wewnątrz marynarki czarny portfel, po czym odszukał w nim małą, złożoną na cztery części karteczkę. Rozłożył ją i spojrzał na uśmiechniętą twarz swojej ukochanej.
Czasami myślał, że to przez to co mu się przytrafiło jest takim ojcem, a nie innym. Prawda jest taka, że Aaron od samego początku bał zbliżyć się do Justina, żeby go nie stracić. Codziennie myślał co by było, gdyby wtedy zrobił coś inaczej. Może nie powinien brać Mirandy ze sobą na ten przeklęty dworzec? Ale tak się wtedy uparła…
Z rozmyślań wyrwał go głos szofera.
- Jesteśmy na miejscu panie Bieber.
Mężczyzna zwinął zdjęcie, schował głęboko w portfelu i wysiadł z samochodu.

~♦~


Rozdział może być trochę niespójny bo na początku to miały być dwa krótkie rozdziały, ale ostatecznie zdecydowałam się zlepić to wszystko w jeden porządny rozdział.
No więc tak, notka może nie za wiele wnosi do kluczowej fabuły opowiadaniu, ale chciałam wyjaśnić dlaczego Aaron jest takim, a nie innym ojcem i dlaczego tak się nienawidzą z Ericiem. Mam nadzieję, że historia choć troszeczkę wam się podobała.
Komentujcie miśki ;3
Tagi:
09.02.2014 o godz. 20:29
Justin


- Czyli jednak postanowiłeś się pojawić – zaśmiałem się, gdy mój ojciec wszedł do kuchni. Jak zwykle był ubrany w czarny markowy garnitur, czarny płaszcz, a na ręku miał drogi zegarek. Za jego plecami stało dwóch mężczyzn ubranych podobnie jak on, tyle że mieli jeszcze czarne przeciwsłoneczne okulary.
Ojciec nie zareagował na mój docinek.
- Zostawcie nas samych – zwrócił się do mężczyzn, którzy zgodnie kiwnęli głowami i opuścili kuchnię. Zawsze w takich sytuacjach nie mogłem się nie zaśmiać. To zabawne, że ludzie tak bardzo bali się mojego ojca i byli mu tak bardzo poddani. To żałosne.
Wstałem z wysokiego krzesła stojącego przy blacie kuchennym i podszedłem do mężczyzny.
- Co, teraz czeka mnie kazanie? – zakpiłem patrząc mu prosto w oczy.
Ojciec uniósł dłoń i z całej siły uderzył mnie z policzek.
- Zamilcz gówniarzu! – wrzasnął. Oblizałem usta i poczułem metaliczny smak krwi.
- Bo co? – zaśmiałem się unosząc wysoko głowę i patrząc prosto w ciemnobrązowe oczy mojego ojca. Były przepełnione wściekłością. Postanowiłem zadać mu kolejny cios. – Zabijesz mnie? Tak jak Zayna?
Nie musiałem długo czekać na jego reakcję.
- Zayn złamał zasady. Musiał za to zapłacić. – widząc, że jego argumenty mnie nie przekonują, dodał – Poza tym to nie ja go zabiłem tylko ludzie Erica.
- A ty biedactwo nic na to nie mogłeś poradzić. Doprawdy straszne. – mój głos przepełniony był jadem i sarkazmem.
- Skończymy temat Zayna. – odparł stanowczo. Zdjął swój płaszcz i rzucił go na blat kuchenny.
Pewnie! Najlepiej ignorować trudne tematy. Cały tatuś!
- Dlaczego? – zapytałem unosząc wyzywająco podbródek.
- Bo tu chodzi o ciebie. To o tobie mieliśmy porozmawiać. O tobie i o tym co robiłeś przez ostatnie dwa tygodnie.
Ojciec przeszedł do salonu, a ja niechętnie poszedłem za nim.
- A czy to ważne? – rozsiadłem się na fotelu. Mężczyzna zajął miejsce naprzeciwko mnie. Rozsiadł się wygodnie w czarnym, skórzanym fotelu i wyjął z szafki stojącej obok niewielkie, drewniane pudełko. Otworzył je i wyjął ze środka cygaro. Odpalił je i włożył do ust. W powietrzu unosił się śmierdzący dym, ale już dawno przestał mi on przeszkadzać.
- Bardzo ważne – odparł. – Zresztą nie musisz odpowiadać. Wiem, że włóczyłeś się z tą suką Reą.
Kiedy nazwał ją suką moje mięśnie napięły się.
- Ha! – uśmiechnął się triumfująco – Czyli to jednak prawda. W takim razie powiedz mi, gdzie ona teraz jest?
- Nie wiem. – burknąłem rozluźniając się.
- Ty chyba nie rozumiesz powagi sytuacji Justin.
- Ja? – zakpiłem – Ja doskonale rozumiem.
Wiedziałem, że ojca zaczyna irytować moja postawa , ale miałem to w dupie. Mężczyzna rozmasował skroń dłonią.
- Justin – westchnął – od kiedy tylko pamiętam sprawiałeś problemy, ale teraz przeszedłeś samego siebie.
- Mam to po tobie – odparłem niewzruszony.
- Kiedy ty w końcu wydoroślejesz?! – żachnął się.
- Ja już dawno to zrobiłem, ale ty ciągle jesteś w tyle. – wstałem z fotela i wyszedłem z salonu. Słyszałem westchnięcie mojego ojca, ale nie zamierzałem na nie reagować.

Narrator


22 maja


Samochód zatrzymał się przy kilku radiowozach. John Hardison zgasił silnik i wysiadł z auta. Zaciągnął papierosa, który tkwił w jego ustach i rozejrzał się. Dookoła krzątało się mnóstwo policjantów, a niewielki dom w Bison otoczony był odblaskową taśmą, za którą nieupoważnieni nie mieli wstępu. Nieopodal stała grupka gapiów rozmawiających o "okrucieństwie tego świata". John pokręcił głową z dezaprobatą, wyciągnął z ust papierosa i rzucił go na ziemie przygniatając butem.
Wciągnął do płuc świeże powietrze. Kolejny dzień w pracy – pomyślał gorzko ruszając przed siebie. Przeszedł pod odblaskową taśmą, w odwecie od razu na jego piersi rękę położył jeden z policjantów.
- Przepraszam, tu nie można wchodzić.
Detektyw westchnął. Wyciągnął z kieszeni odznakę i machając nim przed nosem policjanta.
- Inspektor John Hardison – oznajmił z dumą i stanowczo zarazem.
Policjant szybko nabrał pokory i bez zbędnych ceregieli przepuścił go dalej. John wszedł do środka niewielkiego domu, niczym do tej pory nie różniącego się od domów z sąsiedztwa. W domu było pełno ludzi, ale zauważył, że w jednym pomieszczeniu zgromadziło się znacznie więcej detektywów i policjantów. Pewnym krokiem ruszył w stronę zbiorowiska. Przecisnął się przez ludzi i znalazł się na samym przedzie, gdzie mógł dokładnie zobaczyć ofiarę. Była to starsza kobieta. Jej oczy były szeroko otwarte, ale co dziwne nie wyrażały przerażenia, raczej… zdziwienie. Ciało leżało na podłodze, a w pomarszczonym czole tkwiła kula z pistoletu. John ściągnął brwi intensywnie przyglądając się starszej pani. Napastnik musiał znać ofiarę – pomyślał – albo przynajmniej zdobyć jakoś jej zaufanie i dostać się do środka skoro ofiara leży w pokoju, a nie przy drzwiach.
- Hardison! – podskoczył na dźwięk swojego nazwiska. John bardzo nie lubił, kiedy wyrywano go z jego myśli. Wiedział, że na pierwszy rzut oka można zobaczyć najwięcej. Odwrócił się i zmierzył wzrokiem łysawego, niewysokiego mężczyznę po czterdziestce.
- Detektyw Rivers. – starał się, żeby ton głosu nie zdradził niechęci, jaką żywił do tego człowieka.
Mężczyźni zbliżyli się do siebie i demonstracyjnie uścisnęli sobie dłonie. Nigdy za sobą nie przepadali, a teraz kiedy rywalizują o posadę nie mogą przebywać w swoim towarzystwie dłużej niż 5 minut.
John Hardison i Harry Rivers byli z różnych przedziałów i praktycznie się nie znali, ale kiedy szef ogłosił, że za rok odchodzi na emeryturę i potrzebny jest ktoś kto go zastąpi mieli tę nieprzyjemność poznać się bliżej. Szef wytypował Harrego i Johna twierdząc, że nie może się zdecydować, któremu z nich powierzyć to stanowisko, ponieważ obaj są najlepsi. Poinformował, że będzie ich bacznie obserwował przez najbliższy rok i dopiero podejmie ostateczną decyzję.
Rivers przyjął taktykę ilości, stwierdził, że im więcej spraw, choćby błahych rozwiąże, tym lepiej. Hardison natomiast nie stawiał na ilość, ale na jakość. Dwa tygodnie temu zaczął pracę nad poważną sprawą - była to śmierć niejakiego Zayna Malika. Chłopak był płatnym zabójcą, został zastrzelony na jednym z parkingów przed jakimś motelem. Hardison czuł, że w tą sprawę jest zamieszana duża mafia. Wiedział, że jeśli uda mu się rozwiązać tę sprawę w ciągu roku jego szanse na awans drastycznie wzrosną. Wiele ryzykował, tym bardziej, że od kilku dni nie ma żadnych poszlak związanych z tym zabójstwem. Jedyna dziewczyna, która była jego świadkiem i znała Malika rozpłynęła się w powietrzu. Po prostu zniknęła. To dlatego John tak chętnie zgodził się przyjechać do Bison, gdy otrzymał telefon od Marii.
- Co ty tu robisz Hardison? – żachnął się Harry.
- Przysłał mnie tu szef. Podobno to zabójstwo ma coś wspólnego ze sprawą, nad którą pracuję.
Rivers podejrzliwie zmierzył konkurenta wzrokiem. Nie wierzył mu. To było podejrzane. Uważał, że Hardison celowo przyjechał tu, żeby przeszkadzać mu w pracy.
- Niby dlaczego? – zapytał
- Po to tu właśnie jestem, żeby się dowiedzieć dlaczego tak sądzi. – westchnął poirytowany John. Czasami Rivers doprowadzał go do szału. Jakim cudem ten facet w ogóle znalazł się w policji? Przecież to tępak!
Harry potarł dłonią czoło. Miał dość tej bezsensownej wymiany zdań.
- Możesz się tu rozejrzeć – przytaknął – Byle nie za długo! – dodał pospiesznie.
John zignorował go. Robił to dość często, więc Rivers nie zareagował i odszedł w swoją stronę.
Detektyw westchnął i rozejrzał się dookoła. W tłumie wypatrzył dr. Clivelt. Maria Clivelt była kobietą o delikatnych rysach twarzy, miała średniej długości rude włosy i zazwyczaj buła ubrana w biały fartuch. Pracowała w laboratorium, a od czasu do czasu też w prosektorium. John wiedział, że w niej może łatwo znaleźć sprzymierzeńca, kobieta zawsze go lubiła.
Hardison ruszył w kierunku drobnej kobiety, a ta kiedy tylko go zobaczyła uśmiechnęła się szeroko i przywitała go radośnie. Zawsze, kiedy John był w pobliżu ona promieniała. Tak… była w nim zakochana po uszy już od pierwszego dnia pracy w policji, ale Hardison zdawał się tego nie zauważać, a Maria nie miała na tyle odwagi, żeby mu powiedzieć wprost co czuje.
- Co tu się stało? – zapytał ze skupieniem wymalowanym na twarzy.
- Ofiarę znaleziono dwie godziny temu. – dr. Clivelt starała się, żeby jej ton brzmiał jak najbardziej służbowo – Sąsiadka chciała pożyczyć samochód. Zajrzała do środka, bo nikt nie otwierał. Znalazła ją martwą i zadzwoniła na policję.
- Mhym – przytaknął John od niechcenia – A kiedy nastąpił zgon?
- Jakieś dwa dni temu.
- I nikt jej wcześniej nie znalazł? – zdziwił się Hardison.
- Nie. Kobieta nie miała rodziny, a sąsiedzi odwiedzali ją tylko, gdy czegoś potrzebowali.
John czegoś tu nie rozumiał.
- Dobrze. To powiedz mi dlaczego uważasz, że to zabójstwo ma związek z moją sprawą?
Maria była wtajemniczona w sprawę zabójstwa Malika, ponieważ od czasu do czasu pomagała Hardisonowi. Dla niej to była świetna okazja, żeby się do niego zbliżyć.
- Widzisz, ostatnio zatrzymało się u ofiary młode małżeństwo. Opis dziewczyny idealnie pasuje do tej, która była na parkingu podczas zabójstwa Malika.
John zamyślił się. Wątpił żeby to była ta sama osoba, ale jako przykładny detektyw musiał to sprawdzić.
- Dobra – westchnął – Przepytajcie w miasteczku czy wiedzą coś na temat tego małżeństwa. Dobrze byłoby też mieć rysopis tej dziewczyny.
Maria posłusznie przytakiwała i notowała co ma zrobić. Wiedziała, że nie może zawieźć Johna. Miała kolejną szansę i tym razem nie zamierzała jej zmarnować.

_______________________________________________
21 rozdział już za nami. Jest trochę krótki, ale chciałam go dodać dziś i tak wyszło...
W każdym razie czekam na Wasze opinie. <3
Tagi:
01.02.2014 o godz. 16:45
17 maja

Rea


- Mark – szepnęłam widząc chłopaka stojącego przede mną.
- Rea – podszedł bliżej i objął mnie swoimi dość muskularnymi ramionami – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Myślałem, że już nigdy cię nie spotkam.
Przez chwilę staliśmy tak w swoich objęciach ciesząc się chwilą. Może cmentarz to nie było zbyt dobre miejsce na takie czułości, ale miałam to gdzieś. Przynajmniej miałam gwarancję, że tu, pośród tych starych zarośniętych grobów nikt nas nie zobaczy. Stary cmentarz był miejscem, gdzie nikt już nie zaglądał. Był idealnym miejscem do schowania się, a ja to właśnie chciałam zrobić. Schować się przed światem.
Mark w końcu oderwał się ode mnie i zaczął mówić.
- Co się z tobą działo? Eric dostawał szału. Nawet Aaron był u niego i coś razem planowali. Na pewno chodziło im o ciebie, bo niby o co innego? Gdzie byłaś? Byłaś sama?
- Byłam z Justinem. – przerwałam mu jego potok pytań.
- Z jakim Justinem? – Mark spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Z przyjacielem Zayna. Z Justinem Bieberem.
- Bieberem? – zapytał marszcząc brwi – To nazwisko…
- Aarona. – dokończyłam za niego – To jego syn.
Oczy mojego przyjaciela rozszerzyły się do granic możliwości. Rozejrzał się upewniając czy to aby na pewno nie jest żart. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, a później ponownie je zamknął. Przyłożył dłoń do czoła i westchnął.
- Rea, w coś ty się wplątała? Syn Aarona?! Zwariowałaś?!
- Tak wiem. – przytaknęłam niechętnie. Co innego mogłam powiedzieć?
Chłopak podrapał się po policzku jeszcze raz uważnie rozglądając się dookoła, czy aby nikt nas nie widzi.
- Dobra. Gdzie on teraz jest? Dlaczego nie ma go tu z tobą? A może jest? – obrzucił mnie pytającym spojrzeniem.
Westchnęłam.
- To długa historia.
- Mamy czas – odparł spokojnie Mark. Usiadł na jednym ze starych, wielkich kamieni. – Słucham.
- No dobra. – westchnęłam – Wszystko zaczęło się od…

Justin


- Przyjedź po mnie Kevin. – powiedziałem ostrym głosem do słuchawki telefonu. Cały dzień zastawiałem się co robić. Szukanie Rei byłoby jak szykanie igły w stogu siana. Mogła być dosłownie wszędzie. Pani Rodrigue nie pisnęła nawet słówka o tym, gdzie mogła pojechać, twierdziła że nie wie, ale dobrze wiedziałem, że kłamie. Staruszka poinformowała mnie, że mogę zostać u niej ile tylko zechcę, ale nie miałem zamiaru nadużywać jej gościnności. Pozostała mi jedna opcja – musiałem wrócić do ojca i do dawnego życia.
- Kto mówi? – usłyszałem po drugiej stronie telefonu.
- Justin, ćwoku. – odpowiedziałem znudzonym głosem.
- Justin, stary! Gdzie ty się podziewasz?
Westchnąłem. Czasami Kevin doprowadzał mnie do szału, ale uchodziło mu to na sucho, bo był moim drugim najlepszy przyjacielem, zaraz po Zaynie. Można było mu ufać, przynajmniej tak myślałem.
- Przyjedź po mnie do Bison. Będę czekał. – powiedziałem, po czym się rozłączyłem.

Rea


- Niezła zadyma – skwitował Mark, kiedy skończyłam opowiadać mu co mi się przytrafiło przez ostatni czas. – Ale jedno mnie zastanawia. – zamyślił się zielonooki – Dlaczego zostawiłaś Biebera?
- Już ci mówiłam. Nie chciałam być na jego łasce.
- Mhym. – Mark pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ale jest jeszcze coś, o czym nie wspomniałam. – uśmiechnęłam się niewinnie.
- Umm?
- Widzisz Mark, potrzebuję twojej pomocy, bo... jestem w ciąży.
Mark przez chwilę zastawiał się jak ma zareagować, a ja stałam tak przed nim modląc się, żeby tylko mi pomógł. Ten chłopak był moją ostatnią nadzieją. W tym momencie bałam się tak jak jeszcze nigdy. Z tych wszystkich rzeczy, które przytrafiły mi się dotychczas najgorsze byłoby odtrącenie przez Marka, przez mojego najlepszego przyjaciela. Tego bym nie zniosła. A potrafiłam znieść naprawdę wiele.
- Domyślam się, że nie mam ci gratulować? – odezwał się w końcu, ale ja nadal nie wiedziałam co mam o tym myśleć.
- Mark, ja kompletnie nie wiem co mam robić. – powiedziałam starając się panować nad swoim głosem – Zawsze chodziło tylko o mnie i o moje życie, ale teraz… - złapałam oddech próbując powstrzymać łzy – Teraz mam już dla kogo żyć. Ja długo nad tym myślałam i uważam, że potrzebny mi jest ktoś, kto będzie mnie kochał bezgranicznie… za nic. – oczami wyobraźni zobaczyłam dziecko wyciągające do mnie ręce. Zamrugałam odpędzając ten obraz. Spojrzałam na Marka ze strachem w oczach – Ale cholernie się boję. Tak strasznie się boję Mark – głos zaczął mi się załamywać.
Zielonooki spojrzał na mnie ze współczuciem i przytulił mnie, co bardzo dodało mi otuchy.
- Wszystko będzie dobrze. Pomogę ci. – kamień spadł mi z serca. Mocniej wtuliłam się w chłopaka. – Ale powiedz mi, tylko szczerze, czyje to dziecko?
Oderwałam się od niego i popatrzyłam na chłopaka ze zdziwieniem.
- Oczywiście, że Zayna.
- To dobrze. – odetchnął – Już myślałem, że Biebera.
- Chyba zwariowałeś. – skwitowałam.

- Dobrze – westchnął Mark. – Więc plan jest taki. Musisz żyć jakby nigdy nic jeszcze przez dwa miesiące. Później, kiedy ciąża zacznie być widoczna zaszyjesz się gdzieś. Będziesz często zmieniała miejsce zamieszkania. Nie martw się o to, mam dużą rodzinę. Może nawet uda nam się cię przemycić za granicę. Ale, czy jesteś gotowa tak się narażać? To może być niebezpieczne.
- A mam inne wyjście? – zaśmiałam się.
- Yhym. Zawsze możesz pójść do Erica i błagać go o litość.
Oboje wybuchliśmy śmiechem. Oczywiście to było niemożliwe. Prędzej dałabym się zabić, niż błagałabym Erica o litość. Mam swój honor.

20 maja


Justin


Minęły 3 dni, od mojego powrotu do domu. Nadal nie widziałem się z ojcem, ale wiem, że wydał rozkaz pilnowania mnie. Nie opuściłem willi w Beverly Hills nawet na minutę. Nic tylko oglądam telewizję i wyleguje się na słońcu. Każdy normalny człowiek byłby wniebowzięty. Ale nie ja. Ja jestem wściekły! Czuję się osaczony. Posesja obstawiona jest ludźmi ojca ze wszystkich stron, którzy pilnują mnie jak oka w głowie. Aż widać jaki jestem dla mojego ojca ważny, że od trzech kurewskich dni nie miał czasu się ze mną spotkać!
Do tego cały czas myślę o tej suce Rei. Ciekaw jestem, czy jeszcze żyje.
- Telefon do ciebie Bieber – usłyszałem za plecami głos Kevina.
Westchnąłem i zdjąłem z nosa okulary przeciwsłoneczne. Wstałem z leżaka i wziąłem od chłopaka telefon pokazując mu gestem ręki, że może iść.
- Halo? – przyłożyłem urządzenie do ucha.
- Justin – usłyszałem głos mojego ojca.
- O proszę! – uśmiechnąłem się szyderczo wchodząc do pomieszczenia, ponieważ słońce nad basenem zaczęło razić mnie w oczy – Jednak postanowiłeś się odezwać. Jak miło. – prychnąłem.
- Nie tym tonem gówniarzu! - zdenerwował się, co szczerze mówiąc wcale mnie nie obchodziło – Słuchaj… - westchnął – będę w Beverly Hills o siódmej. Porozmawiamy sobie.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć usłyszałem w słuchawce głuchy sygnał.

Narracja trzecio osobowa


- Zatrzymaj się – rozkazała Mia. Mężczyzna siedzący za kierownicą gwałtownie nacisnął pedał hamulca powodując tym samym szybkie zatrzymanie się auta. Dziewczyną wstrząsnęło. Posłała mordercze spojrzenie w kierunku kierowcy, po czym wysiadła z samochodu. Blondynka podeszła do mężczyzny po czterdziestce.
- Przepraszam pana – uśmiechnęła się przyjaźnie – Widział pan może taką młodą dziewczynę i chłopaka po 19 lat? Byli razem. Ona to taka ładna niewysoka szatynka, a on to taki średniego wzrostu blondyn. Kojarzy pan?
Mężczyzna zamyślił się.
- Wydaje mi się, że kilka dni temu u pani Rodrigue zatrzymało się jakieś młode małżeństwo – odpowiedział po chwili.
- Świetnie! A gdzie to jest?
Blondynka była niemal pewna, że to oni. Przejechali już tyle miasteczek w ich poszukiwaniu, ale jeszcze w żadnym nie było tropu. Teraz była pewna, że to oni. To na pewno w Bison się zatrzymali!
- A dlaczego to panią tak interesuje? – zapytał mężczyzna badawczo przyglądając się Mii. Ugh! Jak ona nienawidziła małomiasteczkowych ludzi. Zawsze obchodzi ich więcej niż powinno! Dziewczyna najchętniej wyciągnęłaby teraz broń schowaną pod skurzaną, markową kurtką i zastrzeliłaby mężczyznę. Zawsze tak robiła, gdy coś szło nie po jej myśli. Niestety tym razem nie mogła tego zrobić, ponieważ byłoby zbyt wiele świadków.
- Jestem jej kuzynką. – powiedziała.
Mężczyzna niebyt przekonany jej wersją kiwnął głową. Miał już dość tej wymiany zdań, dlatego postanowił ją zakończyć.
- Pani Rodrigue mieszka w tamtym domu – wskazał ręką jeden z domów niedaleko.
- Świetnie. Dziękuję.
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł. Mia uśmiechnęła się chytrze i wsiadła do samochodu.
- Jedź tam. – poleciła kierowcy wskazując na dom. Uśmiechnęła się na myśl, że zaraz dopadnie Reę. Jeszcze tylko chwila… Chciałaby ją zabić, ale nie mogła, bo Eric – jej szef oznajmił, że chce mieć ją żywą choćby nie wiem co. Ale Mia wiedziała, że w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy zabije Reę Patel i nikt jej w tym nie przeszkodzi.
- Idziesz ze mną. – powiedziała do kierowcy, kiedy samochód się zatrzymał. Mężczyzna ubrany na czarno kiwnął głową. Dziewczyna wysiadła z auta i ruszyła w stronę domu. Przeszła przez furtkę i zapukała do drzwi. Po chwili otworzyła je starsza pani, zmierzyła Mię i mężczyznę wzrokiem i uśmiechnęła się.
- Witam! W czym mogę pomóc? – zapytała radośnie.
- Szukam Rei. – powiedziała dziewczyna utrzymując śmiertelną powagę i nie odwzajemniając uśmiechu staruszki.
- A pani…?
- Jestem jej kuzynką – odpowiedziała pospiesznie wysilając się na krzywy uśmiech.
- Przykro mi złotko, ale spóźniłaś się, Rea wyjechała cztery dni temu.
Mia powstrzymała się od krzyku. Była wściekła! Ta mała szmata cały czas była o dwa kroki dalej, a Mia, choćby nie wiem jak chciała nie mogła pokonać dzielącej je przestrzeni. Dziewczyna musiała w końcu udowodnić, że jest lepsza od tej żmii.
- Możemy wejść? – uśmiechnęła się do staruszki.

~♦~
Szczerze, nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Wgl wydaje mi się, że to opowiadanie z rozdziału na rozdział jest coraz gorsze. Zastanawiam się nad jego zakończeniem. Co myślicie?
Komentujcie miśki :3
Tagi:
25.01.2014 o godz. 19:44
Rea


Byłam wściekła! Co za palant! A pomyśleć, że jeszcze kilkanaście minut temu uważałam go za całkiem miłego faceta. Tak, dobrze czytacie. Uważałam go za miłego faceta! Obwiniałam się jeszcze, że jestem dla niego taką suką, podczas gdy on pomaga mi i naraża dla mnie życie. A teraz? Teraz jestem wściekła na siebie za to, że pomyślałam o nim jako o miłym facecie. Definitywnie ogłaszam, że Justin Bieber to palant i skończony idiota!
W moich uszach dosłownie dzwoniła cisza, jaka zapanowała w pokoju. Mój wzrok spoczął na oknie. Nie miałam ochoty patrzeć na Biebera. Nie chciałam widzieć jego wyrazu twarzy, nie chciałam wiedzieć, czy piorunuje mnie wzrokiem, czy może wcale na mnie nie patrzy. Nie obchodziło mnie również to, czy był na mnie zły, czy żałował tego jak się zachował. Miałam to w dupie!
Nie zdołałam powstrzymać łzy, która spłynęła po moim policzku. Szybko otarłam ją wierzchem dłoni. Mój wzrok automatycznie powędrował do drzwi, kiedy rozległo się pukanie.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam głos pani Rodrigue.
- Wychodzę – burknął Bieber. Otworzył drzwi, w których stała zmartwiona starsza pani, bez słowa ją minął i wyszedł. Tak po prostu wyszedł i zostawił mnie z tym wszystkim samą. Palant!
Kobieta przez chwilę patrzyła jak chłopak odchodzi, po czym z wściekłością trzaska drzwiami na dole.
Zapadła cisza. Nadal patrzyłam w okno unikając wzroku starszej pani. Myślałam nad tym co mam powiedzieć kobiecie, bo wiedziałam że prędzej, czy później ta odpowiedź będzie musiała paść.
- Wszystko w porządku Jessica?
Otarłam policzki i spojrzałam na kobietę uśmiechając się.
- Tak, tak. To nic takiego… My po prostu… Trochę nas poniosło… Zdarza się.
Kobieta pokiwała głową.
- A ty, jak się czujesz?
- Dobrze. – czułam, że muszę powiedzieć coś jeszcze, bo w końcu do tej pory byliśmy "szczęśliwym małżeństwem", a tu nagle takie coś. To całkiem nie pasowało do szczęśliwego obrazka. – Chris… On… On tylko się zdenerwował… To czasami mu się zdarza…
- Rozumiem – przerwała mi pani Rodrigue. – Pójdę już. Powiedz, gdy będziesz czegoś potrzebowała.

Justin


Cholerna Rea! Uderzyłem dłonią w mur, obok którego właśnie przechodziłem. Nie… Tak naprawdę to nie na nią byłem zły – i to mnie najbardziej denerwowało – Byłem zły sam na siebie. Co takiego jest w tej dziewczynie, że to ja czułem się winny?
Bo jesteś winny!
Tak. Byłem winny. Powiedziałem o kilka zdań za dużo. Ale ciąża? Proszę was… Przecież to ostatnie, czego w tej chwili potrzebujemy. Jak można uciekać z ciężarną kobietą, albo z niemowlakiem? Wyobrażacie to sobie? Bo ja wcale.
Dla niej to też nie jest łatwe – odezwał się mój kurewski wewnętrzny głos.
Przecież wiem! I co z tego? Przez to, że jej też jest ciężko, to mi ma być łatwiej?
Cholera! Zayn! Dlaczego musiałeś dać się zabić?! Wszystkim byłoby łatwiej gdybyś tu był!

Rea


Chodziłam nerwowo po pokoju. Stopniowo zaczynałam się czuć winna. Jestem na łasce Biebera, a przynajmniej on tak to widzi. Zawsze byłam samodzielna, nie potrzebowałam pomocy. Może czas wrócić do tych czasów? Tak. To świetny pomysł. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej moją torbę. Spakowałam do niej potrzebne rzeczy i przebrałam się. Chwyciłam torbę i zeszłam na dół. Rzuciłam torbę obok schodów, a starsza pani po chwili pojawiła się obok mnie.
- Co się dzieje Jessica? – zapytała – Wyjeżdżasz? – spojrzała na torbę leżącą obok moich stóp.
- Pani Rodrigue – wzięłam głęboki wdech. To chyba już. Czas skończyć z tymi kłamstwami. – Ja naprawdę nie nazywam się Jessica Raymond. Mam na imię Rea, a ten chłopak to nie Chris tylko Justin. My wcale nie jesteśmy małżeństwem. Wymyśliliśmy to wszystko. – powiedziałam na jednym wdechu. Patrzyłam na starszą panią wyczekując jej reakcji.
- To wszystko? - zapytała jakby nigdy nic.
- Ale… - zająknęłam się.
Na ustach kobiety zagościł szczery uśmiech.
- Złotko, domyślałam się już dawno, że nie jesteście małżeństwem. Miałam męża i sama wiem jak to jest. Imiona też mnie nie dziwią, bo słyszałam jak ze sobą rozmawialiście. Wiem też, że nie jesteś kuzynką Vanessy, prawda? I domyślam się też, że to dziecko które w sobie nosisz, nie jest tego chłopaka. Ty i on zapewne wcale nie jesteście parą, ale on z niewiadomych przyczyn bardzo się o ciebie troszczy, poza tym widziałam jak na ciebie patrzy. Ty zresztą też pożerasz go wzrokiem – zaśmiała się.
Byłam w szoku. Wpatrywałam się przez chwilę osłupiała w staruszkę.
- Dawno nas pani rozgryzła?
- Praktycznie na początku, gdy tylko stanęliście w drzwiach. Przy kolacji się tylko upewniłam. Ta wasza historia wydawała się mocno naciągana. - zaśmiała się, a ja poczułam się głupio po tym jak to wszystko zmyśliłam.
- Skoro tak, to dlaczego zgodziła się pani żebyśmy tu zamieszkali? - zapytałam po chwili.
- Widzisz… Trochę brak mi rozrywki w życiu. Lubię towarzystwo, a od dawna mieszkam sama. Nie mam dzieci, więc jestem skazana na samotność. – wyjaśniła staruszka.
- Mogę panią poprosić o przysługę? – zapytałam, choć byłam pewna, że spotkam się z odmową.
- Ależ oczywiście złotko!
A jednak!
- Widzi pani… jestem w niezłych tarapatach i potrzebne mi są pieniądze…
- Mam trochę oszczędności. Jeśli chcesz…
- Nie – przerwałam jej – Nie o to chodzi. Chodzi o to, że…

Narrator


Mark Clayton jak co dzień wieczorem był już w klubie i zamiatał podłogę. Było już po dwudziestej, a za godzinę miała rozpocząć się impreza. Spojrzał w kierunku baru na chłopaka imieniem Nick. Był to wysoki blondyn o brązowych oczach. Zwykle to on zamiatał podłogę, ale ten jeden raz Mark założył się z tym draniem i przysiągł sobie, że więcej tego nie zrobi. Był już prawie pewny swojej wygranej i już snuł plany co będzie robił w ten wolny wieczór, ale życie lubi płatać figle i właśnie dlatego Mark zamiast stać za barem, lub leżeć w domu przed telewizorem zamiata podłogę.
Cholerny Nick! – pomyślał.
Zielonooki zajął się zamiataniem, ale przerwał mu w tym głos Nicka.
- Clayton, telefon do ciebie.
- Kto to?
- Twoja babcia.
Mark już miał się roześmiać, ale powstrzymał się widząc poważną minę Nicka. To musiał być zapewne jakiś żart, ponieważ babcia Marka nie żyła od sześciu lat. Chłopak westchnął i postanowił sobie porozmawiać z tym żartownisiem. Podszedł do baru i odstawił szczotkę na bok.
- Halo? – zapytał przejmując słuchawkę od Nicka.
- Mark – w słuchawce usłyszał głos, którego już tak dawno nie słyszał. Głos dziewczyny, której był pewny, że już nigdy nie zobaczy.
- O Boże… - szepnął. Ale szybko zorientował się, że Nick badawczo mu się przygląda, więc zmienił ton. – Babciu, wszystko w porządku? Nic ci nie jest?
- Nie – usłyszał w słuchawce – Słuchaj. Potrzebuję twojej pomocy. Spotkajmy się jutro o piątej w L.A. na starym cmentarzu. Postaram się być punktualnie. Muszę kończyć. – zanim Mark zdążył odpowiedzieć dziewczyna się rozłączyła.
- Tak babciu. Tak. Wpadnę jutro. Pa! Do zobaczenia!
Chłopak odłożył słuchawkę.
- Rodzinny obiadek? – zaśmiał się Nick, na co Mark rzucił w niego ścierką, którą miał zawieszoną przy pasku.
Nadal nie mógł uwierzyć, że już jutro zobaczy Reę Patel.

Rea


- Dziękuję pani. – uśmiechnęłam się do staruszki.
- Nie ma za co kochanie.
- Muszę jeszcze tylko dotrzeć jakoś do Los Angeles. Jak daleko jestem?
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem gdzie jestem
- L.A. jest jakieś 250 kilometrów stąd. – poinformowała mnie pani Rodrigue.
- Świetnie! Muszę tylko znaleźć jakiś transport.
- O to się nie martw złotko. W garażu stroi samochód. Ja go nie używam, ale pożyczałam go kilka razy sąsiadom, więc na pewno jest sprawny. Możesz go wziąć jeśli chcesz.
- Nie… Nie mogłabym…
- Oh! Przestań! Mi i tak on nie jest potrzebny.
- Naprawdę?
Kobieta pokiwała głową z uśmiechem.
- Dziękuję. – przytuliłam ją.


Wsiadłam do samochodu i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Odpaliłam silnik i spojrzałam na panią Rodrigue.
- Jeśli przyjdzie Justin niech pani mu powie, że już nie musi się o mnie troszczyć. I jeszcze raz dziękuję pani za wszystko.
- Nie ma sprawy złotko. Miło było cię poznać. Będę trzymała kciuki za ciebie i twojego bobasa. – uśmiechnęła się – I pamiętaj, że jeśli będziesz blisko Bison koniecznie musisz wpaść na herbatkę.
- Dobrze – uśmiechnęłam się – Do widzenia!
- Do zobaczenia!
Nacisnęłam pedał gazu, a samochód ruszył. Patrzyłam na kobietę stojącą na chodniku i machającą mi.
Spojrzałam przed siebie, na jezdnię. Na jednym z chodników zobaczyłam postać chłopaka, który spojrzał w moim kierunku. To był Justin. Najwyraźniej wracał do domu pani Rodrigue. Zaczął machać do mnie rękoma, żebym się zatrzymała. Kiedy go minęłam zaczął biec za samochodem i krzyczeć. Nacisnęłam pedał gazu zostawiając go w tyle.
- Żegnaj Justin – szepnęłam ocierając łzę.

~♦~
Coś mi sie wydaje, że oni już są w sobie zakochani o.o Tylko może są zbyt pyszni żeby się do tego przyznać? Jak myślicie?
Tak jak obiecałam dodałam nowy rozdział gdy tylko pojawiło się 5 komentarzy. <3
Nie wiem kiedy pojawi się next ale na pewno już nie w tym tygodniu. Chyba, że się postaracie ;p
Tagi:
17.01.2014 o godz. 18:21
- Co? – wykrztusiłam po chwili ciszy.
- Jesteś w ciąży. – powtórzyła uradowana staruszka.
Nie! Nie to chciałam usłyszeć! Chciałam usłyszeć, że to głupi żart. Ale chwila… przecież to nadal może być absurd, w końcu nie robiłam żadnego testu, mam tylko słowo staruszki, która może się przecież mylić.
- To niemożliwe. Musi się pani mylić.
Pani Rodrigue z uśmiechem na ustach usiadła na łóżku naprzeciwko mnie.
- Nie miej takiej przerażonej miny. To tylko ciąża. Nic takiego. Wszystkie kobiety dają sobie z tym radę więc i ty sobie poradzisz.
- To nie może być prawda – mamrotałam pod nosem przyciągając nogi do klatki piersiowej. – Jest pani pewna?
- Ależ oczywiście – zaśmiała się kobieta – Dla pewności możesz zrobić test ciążowy. – kobieta wstała i podeszła do szafki, na której przed chwilą postawiła tacę. Ja cały czas przetwarzałam w głowie jej słowa, które nadal do mnie nie docierały. Starsza pani podała mi białe urządzenie podobne do mazaka.
- Zrób ten test. Kupiłam go dziś na mieście.
Niepewnie wzięłam test ciążowy i wygrzebałam się spod koca. Bez słowa wyszłam z pokoju i zeszłam po schodach na dół. Bez problemu odnalazłam łazienkę. Weszłam do środka i zakluczyłam za sobą drzwi. Tempo patrzyłam na test, który właśnie teraz miał zdecydować o mojej przyszłości. Wzięłam głęboki wdech i byłam gotowa na chwilę prawdy.

Justin


Dochodziła piąta, a ja byłem padnięty. Stara pani Rodrigue potrafiła wymęczyć człowieka. Wykonałem dzisiaj kawał dobrej roboty. Podejrzewam, że na jutro też się coś znajdzie. Mam nadzieję, nie, ja to wiem, że nie zabawimy tu zbyt długo. Przewiduję jakiś tydzień. A później? Nie wiem. Mam tydzień żeby się zastanowić. Dopóki jesteśmy w USA nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. Naszą jedyną nadzieją jest jakaś mała wioska w Europie lub w Azji. Może Indie, albo Chiny? Nie wiem. Mam jeszcze kilka dni, żeby się zastanowić nad tym co dalej. Muszę znaleźć jakiś sposób, żeby wyciągnąć pieniądze z konta, bo jak to mówią, jeśli masz pieniądze możesz zdziałać cuda. A teraz cud najbardziej nam jest potrzebny.
Odstawiłem szpadel na miejsce do małej stajenki przy domu i rozejrzałem się podziwiając swoje dzieło. Cały dzień zajęło mi przekopanie tego cholernego ogródka. Na pozór to łatwe zadanie, ale jak już zaczniesz to nie widać końca, a ja właśnie do tego niewidzialnego końca dotarłem i zamierzam się tym kurwa cieszyć.
Poszedłem w stronę domu dumny ze swoich dokonań. Teraz chciałem tylko zjeść kolację i iść spać. Zaczynałem podziwiać ludzi pracujących fizycznie. Kiedy wszedłem do domu panowała cisza, tylko z kuchnio dochodziły jakieś oznaki życia. Poszedłem tam i zobaczyłem panią Rodrigue krzątającą się po pomieszczeniu i nucącą pod nosem jakąś nieznaną mi melodię.
- O Chris! – wykrzyknęła radośnie, gdy tylko mnie zobaczyła. – Idź umyj ręce i zawołaj Jessicę. Na pewno jesteście głodni. Zaraz będzie kolacja.
- Świetnie. Zaraz ją zawołam.
Odwróciłem się i poszedłem do łazienki, gdzie odświeżyłem się trochę, a następnie powędrowałem do naszego pokoju. Wszedłem do środka bez pukania. Rea leżała pod kocem. Pomyślałem, że śpi, ale po chwili usłyszałem ciche pochlipywanie.
- Rea? – szepnąłem.
Dziewczyna nie odezwała się.
- Rea, wszystko w porządku? – usiadłem na łóżku obok szatynki – Dobrze się czujesz? – ściągnąłem z niej koc, a moim oczom ukazała się skulona, bezbronna, szlochająca istota. Zmieszałem się. Nie wiedziałem co mam zrobić, czy się odezwać, czy może lepiej siedzieć cicho. Pierwszy raz widziałem Reę Patel w takim stanie. To już nie była ta sama dziewczyna co wcześniej, teraz była całkowitym przeciwieństwem tamtej pełnej życia i butnej dziewczyny. Była wrakiem człowieka. Jednak najgorsze było to, że nie miałem pojęcia w jaki sposób mogę jej pomóc.
- Co się stało? - zapytałem.
Dziewczyna podniosłą głowę i spojrzała na mnie. Po jej policzkach spływał rozmazany tusz, a oczy miała całe czerwone i podkrążone od płaczu.
- Nic – wykrztusiła pociągając nosem i zaczęła wycierać policzki, co tylko pogorszyło sprawę.
- Nie powiesz swojemu mężowi – zaśmiałem się.
- Nie mam ochoty na żarty Justin.
- Masz rację. Przepraszam. – zamilkłem na chwilę – Powiedz mi co się stało.
Rea spuściła wzrok. Wzięła głęboki wdech, a z jej ust wydobyło się imię, z którym wiązało się tyle wspomnień, tych dobrych i tych złych.
- Zayn… Gdy-Gdybym wtedy… tamtego dnia – szlochała – Gdybym wtedy wyszła z nim po te cholerne dokumenty…
- Też byś zginęła – dokończyłem za nią.
Dziewczyna popatrzyła na mnie spod swoich mokrych rzęs.
- Może to i lepiej…
- Nawet tak nie mów! – przerwałem jej szybko.
Zapadła cisza. Sam nie wiedziałem dlaczego tak ostro zareagowałem.
- Dziękuję – za zamyśleń wyrwał mnie jej słaby głos.
- Za co?
- Za wszystko co dla mnie robisz.
Nie wiedziałem jak mam zareagować, więc tylko skinąłem głową.
- Pani Rodrigue wołała nas na kolację – powiedziałem próbując zmienić temat.
- Zaraz zejdę. Tylko się trochę ogarnę – uśmiechnęła się gorzko.
- Dobrze. W takim razie czekam na dole.
To powiedziawszy wyszedłem z pokoju. Przysnąłem na chwilę i doprowadziłem się do porządku psychicznego, po tym co zaszło, po czym ruszyłem do kuchni i poinformowałem panią Rodrigue, że Rea, a właściwie Jess zaraz zejdzie. Po kilku minutach dziewczyna pojawiła się w kuchni. Na jej policzkach nie było już śladów od tuszu, a jej oczy wyglądały w miarę normalnie. Prawie nie było widać, że płakała. Jednak "prawie" czyni wielką różnicę, ponieważ pani Rodrigue natychmiast zorientowała się, że coś jest nie tak, ale Rea zbyła ją mówiąc, że dopiero co się obudziła i jeszcze nie całkiem kontaktuje. Staruszka najwyraźniej kupiła tę historię, bo o nic więcej nie pytała. Przy kolacji Rea prawie nic nie tknęła, co uległo uwadze pani Rodrigue.
- Jedz złotko. – uśmiechnęła się przyjaźnie do dziewczyny – Teraz musisz się dobrze odżywiać. Dobre posiłki to podstawa w twoim stanie.
Rea nie zareagowała na jej słowa. Dziewczyna zdawała się być całkowicie nieobecna, była pogrążona we własnych myślach. Za to ja jak najbardziej zareagowałem na jej słowa.
- W jakim stanie?
- To nic takiego. – odezwała się nagle szatynka – Po prostu nie jestem głodna. – dziewczyna wyraźnie próbowała zmienić temat, co mnie irytowało.
- Dlaczego jesteś taka zmartwiona złotko? Przecież ciąża to cudowna rzecz. Sama…
- Tak, tak. – przerwała staruszce Rea – Pójdę już do siebie, jestem zmęczona.
Szatynka wstała od stołu i pospiesznie wyszła z kuchni. Widać, że panikowała, a ja nadal zastawiałem się o co chodziło pani Rodrigue. Przyszło mi na myśl, że Rea powiedziała, że jest w ciąży, żeby nasza "bajeczka" wydawała się bardziej wiarygodna. Po chwili jednak jej reakcja wydała mi się dziwna, bo skoro to było tylko kłamstwo to dlaczego tak spanikowała?
Po tym jak dziewczyna zdenerwowana wyszła, ja przeprosiłem panią Rodrigue i wyszedłem zaraz za nią.
Rea zatrzasnęła drzwi tuż przed moim nosem. Otworzyłem je i wszedłem do środka.
- O co chodzi? – zapytałem, na razie spokojnie.
- O nic.
Miałem dość jej lekceważącego podejścia do wszystkiego. Czy tego chciała, czy nie siedzieliśmy w tym bagnie razem, do cholery! Jak mamy wzajemnie sobie ufać i chronić się, skoro cały czas się okłamujemy?! Dobra. Ja też nie jestem święty. Mam swoje tajemnice, ale tajemnica to nie to samo co cholerne kłamstwo!
Spojrzałem w oczy Rei, które wyraźnie mówiły, żebym o nic więcej nie pytał. Niestety nie mogłem ulec tym oczom, nie tym razem.
- Dlaczego to robisz?
- Co? – zapytała jakby nigdy nic! Cholera! Miałem dość tej suki! Jej obojętność doprowadzała mnie do szału!
W co ty się do chuja wplątałeś stary?! Trzeba było siedzieć na dupie i dać ją zabić! Byłby spokój! A tak, siedzimy w bagnie!
- Mam tego kurwa serdecznie dość! – wrzasnąłem trącając ręką wazon, który spadł z komody i rozbił się na drobne kawałeczki. Rea podskoczyła ze strachu.
- Traktujesz mnie jak pajaca! Czy ja do chuja wyglądam na pajaca?! Wyglądam!?!
Dziewczyna ostrożnie pokręciła głową na boki.
- To dlaczego do kurwy nędzy mnie tak traktujesz?! Cały czas mnie okłamujesz! Mam tego dość rozumiesz!?!
Szatynka szybko i panicznie pokiwała głową.
- W tej chwili mów o co chodzi! – zażądałem.
- Dobrze. Ale najpierw się uspokój. – powiedziała spokojnie.
- Mów. – odparłem po chwili spokojnie, lecz stanowczo.
- Dobrze. Widzisz ja… - wyraźnie nie wiedziała jak to powiedzieć – ja jestem w ciąży Justin – wykrztusiła w końcu a mnie zatkało.
- Jesteś w czym?
- W ciąży. Jestem w ciąży.
Przez chwilę przetwarzałem to, co do mnie mówiła.
- To pewne?
- Mhym. – pokiwała głową – Zrobiłam test i wyszedł pozytywnie.
- Czyje to dziecko? – zapytałem.
- Moje.
- Nie jestem idiotą! Pytam kto jest ojcem!
- Zayn. To Zayn jest ojcem.
Zapadła cisza. Przełknąłem głośno ślinę i odchrząknąłem.
- Jaką mam pewność, że to dziecko Zayna? – zapytałem.
Rea popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, a gdy dotarło do niej co powiedziałem w jej oczach błysnęła wściekłość.
- Ty parszywy gnoju! – wrzasnęła – Jak możesz tak myśleć?! Myślisz, że próbuję cię złapać na dziecko twojego zmarłego najlepszego przyjaciela?! – próbowałem jej przerwać, ale nie dała mi dojść do słowa – Masz mnie za dziwkę?! Myślisz, że wskakuję do łóżka pierwszemu lepszemu facetowi?!
- Nie to miałem na myśli! – udało mi się w końcu wtrącić. Westchnąłem i podrapałem się po karku – Ja tylko chciałem się upewnić. Gdyby to dziecko miało ojca byłoby prościej. – próbowałem się tłumaczy, ale wyraz twarzy dziewczyny był nieugięty.
- Ale nie ma ojca! Jego ojciec nie żyje! Był nim Zayn! – skwitowała.

~♦~
Wiem, że rozdział powinien się pojawić już dawno, ale przez kilka dni nie miałam dostępu do internetu. Przepraszam. Mam nadzieję, że rozdział choć trochę się Wam spodobał.
Przepraszam za błędy, ale nie miałam czasu sprawdzić.
Podbijamy stawkę kochane!
5 KOMENTARZY = NEXT
Tagi:
14.01.2014 o godz. 17:27
16 maja


Odsłoniłam zasłonkę i wyjrzałam przez okno. Z okna rozciągał się widok na średniej wielkości ogródek za domem pani Rodrigue. W ogrodzie Justin przekopywał ziemię na prośbę starszej pani. Nie był z tego zadowolony, ale nie miał wyjścia. Nie mogliśmy mieszkać tu za darmo, skoro nie płacimy to chociaż trzeba pomóc w pracach domowych. Chłopakowi szło całkiem nieźle. Muszę przyznać, że wyglądał całkiem seksownie, nie miał na sobie koszulki, jego spodnie swobodnie wisiały na biodrach, a włosy jak zwykle miał postawione do góry. Jego mięśnie napinały się, gdy wbijał szpadel w ziemię, a później go wyjmował. Miał całkiem seksowne tatuaże. Powoli dochodziłam do wniosku, że Justin Bieber to bardzo, bardzo przystojny mężczyzna, do tego jeśli chce potrafi być miły i uprzejmy, potrafi być ideałem…
- Masz szczęście – podskoczyłam na dźwięk głosu pani Rodrigue tuż za moimi plecami. Moje serce przyśpieszyło zupełnie jak dziecku złapanemu na podjadaniu słodyczy.
- Słucham? – wydusiłam, kiedy już trochę ochłonęłam.
- Proszę – starsza pani podała mi kubek z jakimś płynem.
- Co to? - zapytałam biorąc niepewnie kubek z rąk starszej pani.
- Nie bój się, przecież cię nie otruję – zaśmiała się – To herbata owocowa. Widziałam, że rano nie czułaś się zbyt dobrze, ta herbata ci pomoże.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się. Upiłam łyk trunku. Smakował malinami. Przez chwilę stałyśmy w ciszy przyglądając się pracy Justina.
- Co pani miała na myśli mówiąc, że mam szczęście? – zapytałam.
- Masz szczęście, że masz przy sobie takiego mężczyznę jak Chris.
W tym momencie poczułam się podle okłamując tę kobietę. Ale starałam się nie dać po sobie tego poznać, więc się uśmiechnęłam.
- Tak. – przytaknęłam – Mam szczęście.
- Jakoś mało przekonania w twoim głosie – zaśmiała się staruszka.
- To chyba nie przekonanie jest tu najważniejsze, a szczerość.
W tym momencie nienawidzę siebie za to zdanie.
Poważnie Rea? Szczerość? Tak… ty to wiesz o tym najwięcej… - odezwała się moja podświadomość.
- Masz rację kochanie – przytaknęła pani Rodrigue – To szczerość jest najważniejsza.
Zabijcie mnie!
- O czym rozmawiacie? – usłyszałam za plecami głos Justina. Spojrzałam w okno i dopiero teraz zorientowałam się, że chłopaka już tam nie ma.
- A takie tam babskie plotki – zaśmiałam się.
- Znajdzie się coś dla mnie do picia?
- Oczywiście – uśmiechnęła się pani Rodrigue. Zabrała Justina ze sobą do kuchni, a ja zostałam sama z myślą że jestem podłym człowiekiem oszukującym bezbronną staruszkę.


- Nie za dobrze ci tutaj? – usłyszałam rozbawiony głos Biebera. Pociągnął koc, pod którym jeszcze chwilę temu spałam, pozbawiając mnie tym samym przyjemnego ciepła.
- Było – mruknęłam – Ale ty się zjawiłeś.
- Hola! Hola! To tak się dobra żona zwraca do kochającego męża? – zaśmiał się.
- Spadaj Justin. Źle się czuję.
- Co ci jest? – przyjrzał mi się uważnie.
- Źle się czuję, chyba coś mnie bierze – poskarżyłam się.
Bieber zamyślił się przez chwilę. Czyżby się zmartwił? … Nie… Nie możliwe.
- Potrzebujesz czegoś? – zapytał nagle. Myślałam, że się przesłyszałam.
- Słucham? – wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Przynieść ci coś? Herbaty? Jakieś leki?
Ha! A jednak się martwi!
Cicho!

- Nie – uśmiechnęłam się na tyle ile mogłam – Dziękuję. Niczego nie potrzebuję.
- Na pewno?
- Mhym. – przytaknęłam.
- Dobrze. W takim razie prześlij się trochę.
I w tym momencie zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Wstał, nachylił się nade mną i otulił mnie kocem, po czym pocałował w czoło.
- Śpij dobrze.
Po chwili minął pierwszy szok i byłam w stanie się już odezwać.
- Justin?
- Mhym? – zatrzymał się prze drzwiach.
- Ale tu nie ma pani Rodrigue.
I tu uwaga: Justin Bieber najwyraźniej się zmieszał. Rozumiecie?! On! Zmieszał się! Zawstydziłam go! Niewiarygodnie!
- Wiem – odparł nadzwyczaj spokojnie – Śpij już.
Powiedział to i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Niewiarygodne. Ten chłopak z dnia na dzień coraz bardziej mnie zadziwiał.


Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę. – mój głos był znużony. Nadal potwornie się czułam. Może to po tej herbatce? Miała mi pomóc, a po niej jest tylko gorzej.
Do pokoju weszła pani Rodrigue z tacą w rękach.
- Jak się czujesz złotko? – zapytała.
- Źle – odparłam. Przynajmniej tym razem mówiłam prawdę, czułam się fatalnie.
- Moje biedactwo. Chris prosił, żebym do ciebie zajrzała.
- Kto? – zmarszczyłam brwi.
- Chris. Twój mąż. To takie dziwne, że się o ciebie martwi?
- Nie – zaśmiałam się nerwowo. – Nie, skądże. To normalne. Ja po prostu… Nieważne. – zamotałam się.
- A jak ty się czujesz? Mdłości przeszły?
- Tak. Mdłości przeszły, ale rozbolała mnie głowa i chyba się rozchoruję.
- Tak jak myślałam. – pani Rodrigue przeszła przez niewielki pokój i postawiła tacę z jakimiś tabletkami i herbatą na szafce nocnej.
- Słucham? – usiadłam na łóżku podkurczając nogi i szczelniej owijając się kocem. Kobieta uśmiechnęła się.
- To efekt uboczny tej herbaty, którą piłaś wcześniej.
Czegoś tu nie rozumiałam. Przecież ona miała mi pomóc.
- Efekt uboczny?
- Tak. Ta herbata jest nieszkodliwa, a nawet wręcz przeciwnie, ale tak działa na kobiety w tym stanie.
- W jakim stanie? – zdziwiłam się. Coraz mniej rozumiałam z tego wszystkiego.
- W ciąży. Jesteś w ciąży złotko!


~♦~


Wiem, nie popisałam się. Ten rozdział nie jest zbyt porywający, ale obiecuję, że już niebawem was zaskoczę. Jeszcze jeden/dwa rozdziały i zacznie się dziać.
Przepraszam, miałam dodać rozdział 07.01. ale trochę się rozchorowałam i nie miałam do tego głowy. W każdym razie już czuję się lepiej.
Dziękuję, za cudowne komentarze <3
Rozdział 18 jest już prawie gotowy więc dodam go gdy pojawią się 4 komentarze.
4 KOMENTARZE = ROZDZIAŁ 18
Tagi:
10.01.2014 o godz. 12:43
Rea


- To… - zaczęła pani Rodrigue stawiając przede mną z sałatką – Może opowiecie jak się poznaliście?
No pięknie! Tego się właśnie obawiałam. Na tego typu pytaniach mogliśmy łatwo polec. Postanowiłam więc zmienić temat.
- Naprawdę nie musiała sobie pani robić tyle kłopotu przygotowując to wszystko. Obiecuję, że nie sprawimy pani problemu.
Kobieta uśmiechnęła się stawiając na stole dzbanek z sokiem pomarańczowym i usiadła naprzeciwko mnie.
- To naprawdę żaden problem, nie przeszkadza mi wasze towarzystwo, poza tym przyda mi się pomoc w domu i w ogrodzie. Idzie lato i dużo pracy.
- Nie ma sprawy. Chris i ja chętnie pani pomożemy. Prawda kochanie? – zwróciłam się do Biebera.
- Oczywiście – przytaknął, choć po jego minie wywnioskowałam, że wcale nie ma na to ochoty.
- To świetnie! – uradowała się pani Rodrigue. – Jedzcie. Na pewno jesteście bardzo głodni po tak długiej i męczącej podróży.
- Nawet nie wie pani jak bardzo – mruknął Bieber, na co posłałam mu karcące spojrzenie. Pani Rodrigue najwyraźniej tego nie usłyszała, bo nie zwróciła na nas większej uwagi. Bez słowa zabraliśmy się za jedzenie. Jeszcze nigdy w życiu żaden posiłek mi tak nie smakował.
- Nie odpowiedzieliście na moje pytanie – przypomniała starsza pani.
- Mhym? – udawałam, że nie pamiętam.
- Jak się poznaliście?
- Ach tak! – zaśmiałam się nerwowo – No więc… - po raz pierwszy w życiu chciałam, żeby ten dureń Bieber się odezwał, niestety chłopak najwyraźniej nie zamierzał tego robić, bo dalej jadł kolację.
- To jakaś romantyczna historia? – dopytywała starsza pani z coraz większym podekscytowaniem.
Bieber zdawał się wcale nie zauważać staruszki, ani tego w jakiej sytuacji się znalazłam. Wykrzywiłam usta w krzywym uśmiechu i kopnęłam Biebera w kostkę pod stołem. Chłopak natychmiast pytająco na mnie spojrzał. Poruszyłam dyskretnie brwiami dając mu do zrozumienia, że nie mam pojęcia co odpowiedzieć. Czułam na sobie wyczekujący wzrok starszej pani. Chłopaka najwyraźniej bawiła ta sytuacja.
- No dalej kochanie – odezwał się – opowiedz pani Rodrigue jak się poznaliśmy. Chętnie posłucham.
Spiorunowałam go wzrokiem i uśmiechnęłam się do starszej pani. Musiałam szybko coś wymyślić, a obecnie w mojej głowie wiało pustką. Próbowałam sobie przypomnieć jakiś film opowiadający o miłości, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Musiałam improwizować.
- Chris i ja pochodzimy z dwóch różnych światów. W zasadzie to mieszkaliśmy tuż obok siebie, byliśmy sąsiadami, ale nasze rodziny nienawidziły się od pokoleń – a co tam, będzie trochę ciekawiej – Nikt już nawet nie pamiętał o co poszło, ale nie było chętnego by zaprzestać kłótni. Znałam Chrisa z widzenia, jest o rok starszy, więc obracaliśmy się w tych samych kręgach towarzyskich, ale nigdy nie doszło do naszego bezpośredniego spotkania. – Przerwałam na chwilę, żeby złapać oddech. Spojrzałam na panią Rodrigue, która z przyglądała mi się z zainteresowaniem. Najwyraźniej moja historia ją zainteresowała. Mój wzrok powędrował na Biebera, który również uważnie mnie słuchał. Postanowiłam kontynuować. – Nadal dobrze pamiętam ten dzień, w którym po raz pierwszy na niego wpadłam. Pokłóciłam się wtedy z ojcem. Chciałam wyjść wieczorem na imprezę z przyjaciółmi, ale on się nie zgadzał. – przerwałam na chwilę. Zawsze chciałam wiedzieć jak to jest kłócić się z ojcem czy z matką o błahostki, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia. Niestety nigdy nie poznałam tego uczucia, a najgorzej bolało to, że już nigdy go nie poznam. Otrząsnęłam się z moich myśli i widząc zaciekawioną minę pani Rodrigue mówiłam dalej – Chwyciłam wtedy torbę, książki i wybiegłam z domu. Byłam tak zatracona we własnej wściekłości, że nie zauważyłam osoby wychodzącej z furtki sąsiadów. To był Chris. Wpadliśmy prosto na siebie. Upadłam na ziemię, a Chris pomógł mi wstać. Zaczęłam na niego wrzeszczeć i wyładowywałam na nim swoją złość, podczas gdy on stał jak osłupiały. – Rozejrzałam się w poszukiwaniu pomocy, ponieważ skończył mi się pomysł na dalszą opowieść.
- Może teraz ty trochę opowiesz kochanie? – zwróciłam się do Biebera. Ten otrząsnął się ze swoich zamyśleń i spojrzał na mnie zdezorientowany – No co? Chyba nadal pamiętasz, prawda?
- T-Tak – odchrząknął – No więc… A tak! Stałem i patrzyłem oniemiały. Jeszcze nigdy nie widziałem u dziewczyny tak pięknych oczu, do tego migotały w nich iskierki złości. Coś niesamowitego. Po prostu nieziemski widok.
Muszę przyznać, że Bieber mógłby spokojnie zostać bajkopisarzem. Do tego potrafił świetnie kłamać. Mógłby zostać aktorem.
- Do dziś uwielbiam patrzeć w jej oczy – spojrzał na mnie, a raczej w moje oczy. W jego wzroku było coś… nie wiem jak to nazwać… coś innego.
- Pierwszy raz w życiu widziałem tak wściekłą i piękną dziewczynę. Kojarzyłem ją z widzenia, ale nie znałem jej osobiście. Kiedy przestała krzyczeć i trochę się uspokoiła zapytałem co się stało. Przeprosiła mnie za swój wybuch i odpowiedziała, że ma problemy z ojcem i że musi iść. Odeszła, a ja zastanawiałem się, a raczej miałem nadzieję, że jeszcze ją spotkam.
- I co było dalej? – zapytała zniecierpliwiona pani Rodrigue. Postanowiłam się odezwać.
- Spotkaliśmy się. – oczy Justina powędrowały na moją osobę wyrażając zainteresowanie. – Na imprezie wieczorem – wyjaśniłam – poszłam tam bez zgody rodziców pod pretekstem nocowania u przyjaciółki. Wypatrzyłam go w tłumie, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Dopiero kilka godzin później wpadliśmy na siebie w korytarzu. Byliśmy tylko my. Resztę imprezy spędziliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. Później zaczęliśmy się spotykać regularnie i zostaliśmy parą. Kiedy rodzice dowiedzieli się o naszym związku byli wściekli. Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się po kryjomu, aż J… Chris – szybko się poprawiłam, co nie umknęło uwadze Justina – poprosił mnie o rękę. Wyjechaliśmy i wzięliśmy ślub. Kiedy nasi rodzice się o tym dowiedzieli nie byli zachwyceni, ale po wielu długich rozmowach zaakceptowali nasz związek. Teraz wyjechaliśmy w podróż poślubną. I to koniec naszej miłosnej historii! – uśmiechnęłam się dumna z tego, że wymyśliłam tak wspaniałą bajeczkę.
- Jak możesz tak mówić kochanie? – odezwała się pani Rodrigue – To dopiero początek waszej miłosnej historii. Macie przed sobą jeszcze całe życie.
Uśmiechnęłam się tylko w odpowiedzi.
- Najedliście się? - zaśmiała się kobieta.
- Tak – przytaknął Bieber. - Dziękujemy. Było znakomite.
- Cieszę się, że wam smakowało.
- Jeśli nie ma pani nic przeciwko pójdziemy już do siebie – odezwałam się.
- Ależ oczywiście! Idźcie. Gdybyście czegoś potrzebowali mówcie śmiało. I wyśpijcie się, bo jutro czeka nas sporo pracy.


- Jesteś świetną aktorką Patel – zaśmiał się brunet zamykając za sobą drzwi.
- Nie lepszą niż ty Bieber. – odparłam siadając na łóżku.
- Tak! Powinienem zostać bajkopisarzem.
- To dlaczego nim nie zostałeś? – zaśmiałam się.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Tak wyszło. A ty?
- Co ja?
- Dlaczego jesteś tym kim jesteś?
Ściągnęłam z kostek trampki i spojrzałam na Biebera z gorzkim uśmiechem na ustach.
- Nie miałam wyboru.
- Zawsze jest jakiś wybór.
- Nie zawsze.

~♦~

Kochani! I jest nowy rozdział. Mam nadzieję, że choć troszeczkę Wam się podobał. Mało się w nim działo, ale cóż... taki jest i inny nie będzie.
Sprawicie mi ogromną przyjemność, jeśli zechcecie wyrazić swoją opinię w komentarzu <3
Nowy rozdział pojawi się już 7 stycznia. A przynajmniej taki jest plan xD
W każdym razie do nn ;*
Tagi:
02.01.2014 o godz. 11:39
Kochani, chciałam wszystkim moim czytelnikom i nie tylko życzyć najlepszego w nowym roku! Czego tylko sobie zapragniecie, zdrowia, szczęścia, pieniędzy i dużo miłości <3




Najlepsze życzenia dla:
beautiful-chick
Fuck-everything-Im-Belieber
believe-inyourself
Foreverstar
revenheart-world

Dziękuję, że ze mną jesteście <3 Mam nadzieję, że wytrzymacie ze mną jeszcze kolejny rok ;*


PS: Nowy rozdział już jutro.

sexy-chick
Tagi: Nowy Rok!
01.01.2014 o godz. 01:12
15 maja

Rea


Obudziłam się w żelaznym uścisku Justina. Co dziwne było to bardzo miłe. Czułam bicie jego serca tuż przy swoim. Jego oddech był równomierny, nadal spał. Postanowiłam tak poleżeć i pocieszyć się chwilą. Ostatni raz tak beztrosko czułam się w… w ramionach Zayna. Na myśl o mulacie w moim sercu otworzyła się stara rana. Tak bardzo za nim tęskniłam. Gdybyśmy się wtedy nie spotkali on wciąż by żył. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Zayn nie żyje przeze mnie. To wszystko moja wina. Jestem beznadziejna.
Poczułam, że Justin się poruszył. Spojrzałam na jego twarz, wciąż spał. Wyglądał tak nieszkodliwie podczas snu. Był… no cóż, był piękny.
Co ty gadasz?! Gdzie się podziała dawna Rea? Piękny?! Poważnie!?!
Och zamknij się! – uciszyłam swoją podświadomość.
Nagle poczułam, że robi mi się niedobrze. Coś ścisnęło mnie w żołądku. No pięknie, jeszcze tylko brakuje żebym się rozchorowała. Wzięłam kilka głębokich wdechów i poczułam się lepiej. To pewnie przez to, że byłam cholernie głodna. Miałam nadzieję, że szybko dotrzemy do jakiegoś miasteczka, bo długo to ja na głodzie nie pociągnę.
Justin niespokojnie się poruszył i otworzyło oczy. Chwilę trwało zanim wszystko do niego powróciło.
- Długo już nie śpisz? – zapytał przecierając oczy.
- Nie. Dopiero się obudziłam.
Chłopak wygramolił się ze śpiwora i przysiadł na dużym kamieniu. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym odpalił jednego. Zaciągnął się i wypuścił z ust chmurę siwego dymu.
Poszłam w jego ślady i również wygramoliłam się ze śpiwora. Oplotłam się ramionami. Poranki bywały dość chłodne, chociaż robiło się już coraz cieplej.
- Musimy iść dalej. Gdzieś musi być jakieś cholerne miasteczko – usłyszałam głos Justina.
- Tak. Miejmy nadzieję, że dotrzemy do niego jak najszybciej.
Przykucnęłam przy plecaku i zaczęłam pakować do niego rzeczy.

- Tam jest droga. – oznajmił Justin wskazując gdzieś w dal. Byłam już padnięta, a do tego okropnie głodna. Miałam tego dość! Szliśmy już dobre kilka godzin, a miasteczka jak nie było tak nie ma. Powoli zaczynałam tracić nadzieję, że w ogóle kiedykolwiek gdzieś dojdziemy.
- Musimy iść do szosy. Może złapiemy stopa do najbliższego miasteczka.
Przytaknęłam tylko głową ruszając za chłopakiem. Nie miałam ochoty wykrztusić z siebie nawet słowa. Znowu mnie mdliło i strasznie ściskało mnie w żołądku. Koniecznie muszę coś zjeść.
Po około dwudziestu minutach dotarliśmy do drogi, wokół było pusto. Samochody prawie tędy nie jeździły. Siedzieliśmy już jakieś dziesięć minut przy drodze, a żadnego samochodu nie było widać.
- Jedzie coś! – poruszył się Bieber.
Wyskoczył na jezdnię i zaczął machać rękoma jak szalony. Szybko do niego dołączyłam. Tak bardzo chciałam, żeby w końcu ktoś nam pomógł. Chciałam się już obudzić z tego koszmaru.
Samochód jechał dość szybko, wszystko wskazywało na to, że się nie zatrzyma. Dalej twardo staliśmy w miejscu krzycząc i wymachując rękoma. W końcu auto z piskiem opon wyhamowało tuż przed naszymi nosami.
Z samochodu wysiadł mężczyzna po trzydziestce. Miał kruczoczarne włosy, był niewysoki i dość puszysty, ale nie gruby. W oczy rzucił mi się jego piwny brzuszek.
- Życie wam niemiłe dzieciaki?!
Justin zdawał się go całkowicie ignorować.
- Wie pan może gdzie tu jest najbliższe miasteczko?
- Jakieś 20 km w tamtą stronę – wskazał przed siebie.
- Świetnie. Możemy się z panem zabrać?
- Nie potrzebuję towarzystwa.
Justin westchnął. Bałam się za chwilę, że może zrobić coś głupiego i zaprzepaścić naszą szansę na dotarcie do tego miasteczka, więc postanowiłam wkroczyć do akcji.
- Proszę... – mężczyzna zwrócił ku mnie swoje zielone oczy.
- Co wy tu w ogóle robicie? Przecież to kompletne odludzie!
- Potrzebujemy pomocy. – kiedy zobaczyłam, że wzrok mężczyzny nie mięknie, zaczęłam mówić dalej - Nazywam się Jessica Raymond, a to mój mąż, Chris Raymond.- wskazałam na Justina - Jesteśmy świeżo upieczonym małżeństwem i wybraliśmy się w podróż poślubną.
- Pieszo? – mężczyzna zachichotał. Świetnie. Znaczy, że kupił tę bajeczkę.
- Nie – uśmiechnęłam się. Byłam świetną aktorką – Byliśmy samochodem, ale okradziono nas. Już drugi dzień błąkamy się po tej okolicy i nie możemy nigdzie dojść. Chcielibyśmy dojechać do jakiegoś miasteczka i zadzwonić do rodziny, żeby nam pomogli. Proszę, niech nam pan pomoże. – Spojrzałam na mężczyznę błagalnym wzrokiem, który nie był grą, naprawdę bardzo chciałam, żeby nam pomógł. Był naszą jedyną nadzieją. Mężczyzna zastanowił się chwilę i podrapał po głowie.
- No dobrze. Wsiadajcie. Podwiozę was do tego miasteczka, bo będę przez nie przejeżdżał. Ale nie róbcie sobie wielkiej nadziei, tam ludzie są bardzo nieżyczliwi. Wątpię czy wam pomogą.
- Dziękujemy. – uśmiechnęłam się wdzięcznie.


- To tu – oznajmił mężczyzna zatrzymując samochód – Pójdziecie tamtą drogą jakieś pół kilometra i powinno być miasteczko.
Spojrzałam w kierunku, w którym powędrowała dłoń mężczyzny. Widziałam zarys budynków.
- Dziękujemy. Proszę - wyciągnęłam z plecaka 50 dolarów podając banknot mężczyźnie. Wziął go i poczekał, aż wysiądziemy, po czym odjechał. Oboje z Justinem patrzyliśmy za nim chwilę.
- To co pani Raymond. – zaśmiał się Bieber – Może by tak mały buziak na pocieszenie – poruszył zabawnie brwiami.
- Nie dla psa kiełbasa – prychnęłam.
- No proszę, nie dasz się pocałować mężowi?
- Spadaj – burknęłam i zaczęłam iść drogą, którą wskazał nam mężczyzna. Justin ruszył za mną luźnym krokiem.
- Ale wiesz co Jess – powiedział to imię w taki sposób, że miałam ochotę mu przywalić – jedno jest pewne, jesteś świetną aktorką.
Zignorowałam go i szłam dalej.
W końcu po cichym marszu doszliśmy do miasteczka o nazwie Bison. Ulice były dziwnie puste. Wszędzie panowała cisza. Było słychać tylko wiatr i kroki jakiejś osoby idącej przeciwnym chodnikiem. Była to dziewczyna o blond długich włosach, rozmawiała przez telefon, ale tak cicho, że pomimo ciszy nie można było usłyszeć jej słów.
- Zapytam ją o jakiś nocleg – powiedział Bieber i zanim zdążyłam zareagować przeszedł na drugą stronę ulicy. Pacnęłam się w głowę otwartą dłonią.
Co za debil!

Justin


Przeszedłem na drugą stronę ulicy i podszedłem do dziewczyny.
- Przepraszam! – blondynka spojrzała na mnie spod swoich długich rzęs i powiedziała do osoby z którą rozmawiała przez telefon, żeby chwilę poczekała.
- Słucham?
- Część – uśmiechnąłem się – Jestem Justin – wyciągnąłem rękę w stronę dziewczyny.
Ta popatrzyła na mnie podejrzliwie, a jej oczy zwężyły się.
- Czego chcesz? – syknęła.
- Słuchaj, ja i ta dziewczyna – wskazałem na Patel – zgubiliśmy się w tych okolicach. Potrzebujemy noclegu. Da się coś załatwić?
- Nie – zaśmiała się i odwróciła. Chciała już odejść, ale złapałem ją za rękę i szarpnąłem dość mocno, tak że jej twarz znalazła się tuż przy mojej.
- Puść mnie – syknęła.
- Raczej nie – zaśmiałem się ściskając mocniej jej nadgarstek – To jak będzie z tym noclegiem?
- Już powiedziałam, że nie! – próbowała wyrwać swój nadgarstek z mojego żelaznego uścisku, ale na próżno.
- Słuchaj. Jesteś mądrą dziewczynką dlatego powiem ci coś. Lepiej jest być po mojej stronie, niż w przeciwnej drużynie. Nie jestem bezpiecznym kolesiem. Możesz zapytać ją – wskazałem na Patel, która cały czas uważnie nam się przeglądała.
Spojrzałem w oczy blondynki, wyrażały strach, a zarazem chęć walki i wytrwałość. Tak samo jak oczy Rei. W jej oczach był ten sam upór i ten sam strach mieszający się ze smutkiem.
- Dobra – fuknęła – Załatwię wam nocleg.
- Trzeba było mówić tak od razu. – zaśmiałem się puszczając jej nadgarstek. Dziewczyna rozmasowała go, po czym schowała telefon do kieszeni dżinsów.
- Jess idziemy! – machnąłem ręką w stronę Rei. Co było zadziwiające nawet nie zareagowała na to, że powiedziałem do niej Jess. Ruszyła w moją stronę.


- To dom starej pani Rodrigue. – oznajmiła blondynka stając przy jednym z domków. – Jest stara, ale jako jedyna chętnie przyjmie was pod swój dach na jakiś czas.
Westchnąłem.
- Naprawdę myślisz, że mieszkanie z jakąś starą babą to moje marzenie? Nie macie tu jakiegoś motelu?
- Nie. – przerwała mi dziewczyna, czego bardzo nie lubiłem.
- Słuchaj suko, kiedy ja mówię nie przerywa mi się.
- Uspokój się Justin – usłyszałem ostry głos Rei. – Jest dobrze. Ciesz się, że chociaż będziemy mieli gdzie spać.
- No – zaśmiała się blondynka – Słuchaj jej bo mądrze mówi.
- Radzę ci się zamknąć – syknąłem. Uśmiech dziewczyny automatycznie znikł z jej ust. Blondynka otworzyła furtkę posesji i ruszyła w stronę drzwi domu.
Posłałem Rei groźny uśmiech, ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiąc ruszyła za blondynką. Przewróciłem oczami i poszedłem za nią.
Blondynka zadzwoniła dzwonkiem, a po chwili, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność drzwi się otworzyły. Stanęła w nich uśmiechnięta starsza pani. Miała siwe włosy i bardzo przyjazny uśmiech.
- Vanessa! - wykrzyknęła radośnie – Miło cię widzieć dziecko. Rzadko mnie odwiedzasz. Wejdź proszę. O, widzę, że przyprowadziłaś ze sobą przyjaciół. Wejdźcie.
- Nie. Ja tylko na chwilkę – odezwała się blondynka – Mam do pani prośbę.
- Słucham?
- To moja kuzynka z mężem. Przejeżdżali niedaleko i zepsuł im się samochód. Nie mają się gdzie zatrzymać, a u mnie w domu nie ma warunków, czy mogłaby pani…?
- Ależ oczywiście kochanie! Mogą się u mnie zatrzymać na jakiś czas. Przyda mi się towarzystwo.
- Dziękuję pani bardzo. To ja już będę lecieć. Do widzenia!
- Do zobaczenia! – krzyknęła kobieta za blondynką, gdy ta pospiesznie odchodziła.
- Wejdźcie – zwróciła się do nas.
Rea niepewnie przekroczyła próg, a ja tuż za nią.
- Chodźcie. Pokażę wam wasz pokój.
Weszliśmy za kobietą po schodach. Na piętrze były tylko jedne drzwi. Właściwie był to bardziej strych niż piętro. Kobieta otworzyła drzwi, a naszym oczom ukazał się niewielki pokój. Wszedłem do środka i rozejrzałem się dookoła. W rogu stała spora szafa, obok stolik i dwa krzesła, a naprzeciwko duże łóżko obrzucone kocami zajmujące połowę pokoju.
- Może nie są to wspaniałe warunki, ale myślę, że przemęczycie się przez jakiś czas. Na dole jest łazienka, kuchnia i mój pokój. To ja was zostawiam. Rozpakujcie się i zejdźcie na dół. Przygotuję coś do jedzenia.
- Dziękujemy – uśmiechnęła się Rea, podczas gdy kobieta zamykała za sobą drzwi.
- Mówiłem, że coś nam załatwię – uśmiechnąłem się zwycięsko rzucając torbę na łóżko.
- Mogłeś być delikatniejszy. – fuknęła dziewczyna.
Nie no, cały czas była niezadowolona.
Kobiety!
Wzruszyłem ramionami. Brunetka podeszła do szafy i otworzyła drzwi, które wydały z siebie skrzypnięcie. Wrzuciła torbę do środka i zamknęła szafę.
- Umieram z głodu – westchnęła rzucając się na łóżko obok mnie.
- Ja też. Zaraz zejdziemy na dół, ale najpierw musimy coś ustalić. Ja nazywam się Chris Raymond, a ty Jessica Raymond. Jesteśmy świeżo po ślubie a ta cała Vanessa to twoja kuzynka. Nie widziałyście się bardzo długo, ale teraz postanowiłaś ją odwiedzić. Rozumiesz?
- Masz mnie za głupią? - zapytała.
- Wiesz… - zaśmiałem się.
- Palant – zmrużyła jadowicie oczy.
- Mówisz o swoim mężu kochanie – zaśmiałem się.
- Spadaj.
Wstała z łóżka i otworzyła drzwi.
- Idziesz, mężulku? – zapytała z ironią w głosie.
- Oczywiście żonko.

~♦~

Wróciłam! Z nowym rozdziałem i mnóstwem pomysłów. Ta przerwa dobrze mi zrobiła. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba. Kocham Was ♥
Czekam na Wasze komentarze.
PS: Pamiętajcie:
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
Tagi:
27.12.2013 o godz. 15:54
sexy-chick
Choice
O mnie: Jestem Jaka Jestem _I Nikt TegO Nie Zmieni_ (!) Zarazem Drapieżna I SłOdka Jak Biały Tygrys I Czarna KOtka AniOł I Diabeł W Jednej OsObie Nie Jestem KrÓlewną Ani Dziewczyną Zbyt Siebie Pewną _TwOja Opinia MałO Mnie Interesuje_ Znam SwOją WartOść I Tym Się Kieruję (!) AniOłek? Diabełek? - Bardziej KOtka ... Czasami POtrafi Być Wredna "_" A Czasami SłOdka ;*
statystyki